Błękitny Mars: przeczytaj początek finału Trylogii Marsjańskiej
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.

Ann obejrzała programy informacyjne na różnych kanałach: na Mangalavidzie, w prywatnych sieciach „czerwonych”, skróty wiadomości z Ziemi. Chociaż Pavonis i winda znajdowały się w centrum uwagi wszystkich osób na Marsie, fakt ten nie znajdował odbicia w informacjach.
Ann wydawało się, że na wulkanicznej górze jest więcej partyzanckich oddziałów „czerwonych” niż „zielonych” jednostek Wolnego Marsa i ich sojuszników; trudno jednak było mieć pewność. Kasei i większość przedstawicieli radykalnego skrzydła „czerwonych”, nazywanego Kakaze (czyli „ognisty wiatr”), zajęli ostatnio północny stożek Pavonis, przejmując także stację kolejową i Lastflow, osadę namiotową. Towarzysze podróży Ann (niemal wszyscy pochodzili z dawnego głównego nurtu „czerwonych”) dyskutowali nad problemem ewentualnego objazdu stożka i przyłączenia się do ugrupowania Kakaze; ostatecznie zdecydowali się pozostać we wschodnim Pavonis. Ann obserwowała tę debatę w milczeniu, ale ucieszyła się z rezultatu, ponieważ wolała trzymać się z dala od Kaseia, Dao i ich grupy. Była zadowolona, że zostaje w dotychczasowym miejscu.
Przebywało tu również sporo oddziałów Wolnego Marsa; przeprowadzali się z pojazdów do porzuconych magazynów. Wschodnie Pavonis powoli stawało się głównym skupiskiem wszelkiego rodzaju grup rewolucyjnych. Parę dni po przybyciu Ann weszła do jednego z największych magazynów w namiocie i po ubitym regolicie dotarła na miejsce zebrania; zamierzała wziąć udział w ogólnym spotkaniu strategicznym.
Wyglądało zresztą niemal dokładnie tak, jak się spodziewała. Co jakiś czas przemawiała Nadia, z którą obecnie nie miała zamiaru się spierać. Siedziała więc tylko w fotelu pod tylną ścianą i w milczeniu wysłuchiwała kolejnych opisów sytuacji. Jawnie nikt nie zamierzał powiedzieć głośno tego, co Peter już przyznał w rozmowie z Ann – że nie istnieje sposób usunięcia przedstawicieli ZT ONZ z kosmicznej windy; mimo to zebrani próbowali omówić ów problem.
W dalszej części zebrania do Ann podszedł Sax Russell. Usiadł obok.
– Kosmiczna winda – odezwał się – może być… użyteczna.
Rozmowa z Saxem nie sprawiała jej najmniejszej przyjemności. Ann wiedziała, że przedstawiciele ochrony ZT ONZ uszkodzili mu mózg, po czym poddał się kuracji, która zmieniła jego osobowość; ta myśl w niczym jednak nie pomagała, wręcz przeciwnie – komplikowała wszystko. Czasami Ann wydawało się, że rozmawia z tym samym starym Saxem, równie znajomym, jak bardzo znienawidzony brat; innymi razy naprawdę miała wrażenie, że ciało Russella przejęła całkiem obca osoba. Te dwa sprzeczne odczucia stale się ze sobą mieszały, czasem nawet współistniały. Zanim Sax do niej podszedł, gawędził z Nadią oraz Artem i wówczas wyglądał jak nieznajomy wytworny starzec o przeszywającym spojrzeniu, mówiący głosem Saxa i w jego dawnym stylu. Natomiast teraz, gdy siedział obok niej, stwierdziła, że zmiany w jego twarzy są jedynie powierzchowne i chociaż wyglądał znajomo, w jego wnętrzu znajdował się ktoś nieznajomy – osobnik, który jąkał się i denerwował, potem nagle milkł po nieudanej próbie zwerbalizowania czegoś, wreszcie dorzucał słowo, które ledwie pasowało do wypowiedzianego właśnie zdania.
– Winda to, to środek. Do… wznoszenia się… Narzędzie.
– Nie, jeśli jej nie kontrolujemy – odparła Ann ostrożnie, jakby pouczała dziecko.
– Kontrola… – odezwał się Sax, po czym zamyślił się nad tym słowem, jak gdyby było dla niego zupełnie nowe. – Wpływ? Jeśli windę może zerwać każdy, kto tego naprawdę chce, w takim razie… – Przerwał i ponownie zatracił się w myślach.
– W takim razie co? – podsunęła Ann.
– W takim razie można powiedzieć, że windę kontrolują wszyscy. Zgodna egzystencja. Czy to oczywiste?
Miała wrażenie, że słucha kogoś, kto tłumaczy z innego języka. To nie był Sax. Ann potrafiła jedynie potrząsać głową i łagodnie spróbować wyjaśnić, że winda to środek lokomocji, za pomocą którego metanarodowcy docierają na Marsa. Jest teraz w posiadaniu tamtych, a rewolucjoniści nie mają możliwości usunięcia z niej ich sił policyjnych. Jedyną sensowną decyzją w takiej sytuacji było zerwanie kabla. Trzeba ostrzec pasażerów, przedstawić im plan działania, a następnie wykonać zadanie.
– Straty w ludziach byłyby minimalne. Ci, którzy zginą, staną się ofiarą własnej głupoty, pozostając na kablu albo na równiku…
Na nieszczęście słowa Ann usłyszała stojąca na środku sali Nadia. Potrząsnęła głową tak gwałtownie, że kosmyki siwych włosów podfrunęły jak kołnierz klauna. Od czasu Burroughs Nadia ciągle jeszcze gniewała się na Ann bez żadnego konkretnego powodu, dlatego teraz Ann, widząc, jak Rosjanka podchodzi do nich, obrzuciła ją piorunującym spojrzeniem.
– Potrzebujemy windy – odezwała się uprzejmie Nadia. – Stanowi nasz środek transportu na Ziemię, tak samo jak dla Ziemian – środek lokomocji na Marsa.
– Ależ nie musimy się kontaktować z Ziemią – odparła Ann. – Nie wiąże nas z nią fizyczne pokrewieństwo, nie widzisz tego? Nie mówię, że nie powinniśmy mieć wpływu na Ziemię, nie jestem izolacjonistką jak Kasei czy Kojot. Zgadzam się, że trzeba nad tym popracować, ale zrozum, to nie jest coś „fizycznego”. Raczej kwestia pomysłów, rozmów i może kilku wysłanników. Chodzi o wymianę informacji. Wtedy przynajmniej wszystko jest jasne. Natomiast gdy dochodzą kwestie fizyczne, takie jak wymiana zasobów, masowa emigracja albo kontrola policyjna, wtedy winda staje się elementem użytecznym, a nawet niezbędnym. Więc jeśli ją zdemontujemy, powiemy: „Będziemy współpracować jedynie na naszych warunkach”.
Cała sprawa wydawała się oczywista, Nadia jednak ponownie pokręciła głową. Ann nie mogła uwierzyć, że tamta się z nią nie zgadza.
Sax odchrząknął i w swoim starym stylu – tonem, jak gdyby wymieniał pierwiastki układu okresowego – powiedział:
– Potrafimy ją zerwać, więc wyobraźmy sobie po prostu, że już jej nie ma…
Zamrugał w specyficzny sposób, przypominając dawnego siebie. Był niczym duch, nagle pojawiał się u boku Ann, jak uosobienie terraformowania; wróg, którego się pozbywała i który stale powracał: Saxifrage Russell, taki sam jak zawsze. Mogła jedynie znowu się z nim kłócić, przegrywać, czuć, że wypowiada nieodpowiednie słowa… Mimo wszystko spróbowała:
– Ludzie kierują się tym, co widzą, Sax. Metanarodowi dyrektorzy, przedstawiciele ONZ i rządów państw podniosą oczy na Marsa, zobaczą, co się tu dzieje, i uzależnią od tego swoje postępowanie. Jeśli kabel zniknie, nie dotrą do nich nasze zasoby. Po prostu przestaniemy być dla tych ludzi interesujący. Dopóki kabel jest na swoim miejscu, jesteśmy im potrzebni. Będą myśleli: „No cóż, moglibyśmy się nimi zająć”. Na pewno wiele osób zacznie wykrzykiwać, że trzeba tu przylecieć.
– Przylot zawsze będzie możliwy. Kabel to tylko sposób oszczędzenia paliwa.
– Oszczędzające paliwo urządzenie, które umożliwia przenoszenie masy.
Sax tracił poczucie rzeczywistości i wydawał się coraz bardziej obcy. Przez dość długi czas nikt nie zwracał uwagi na Ann, a Nadia kontynuowała wypowiedź na temat znaczenia kabla w kontroli orbity, przesyłaniu informacji i tym podobnych zagadnieniach.
W pewnej chwili „obcy Sax” przerwał Nadii, jak gdyby w ogóle jej nie słuchał.
– Obiecaliśmy… pomóc im odejść.
– Wysyłając im więcej metali? – spytała Ann. – Czy naprawdę ich potrzebują?
– Można by… przyjąć ludzi. To mogłoby pomóc.
Ann pokręciła głową.
– Nigdy nie zdołalibyśmy ich w tym względzie zaspokoić.
Sax zmarszczył brwi. Nadia zauważyła, że jej nie słuchają, i odwróciła się w stronę stołu. Sax i Ann zamilkli.
Zawsze się kłócili. Nigdy nie przyznali się przed sobą do błędu, nigdy nie wchodziły w grę żadne kompromisy, nigdy nie osiągali porozumienia. Spierali się, używając stale tych samych słów, które dla każdego z nich oznaczały zupełnie coś innego; właściwie nawet nie zwracali się do siebie. A przecież kiedyś było inaczej, kiedyś mówili tym samym językiem i się rozumieli. Miało to jednak miejsce tak dawno temu, że Ann nawet nie potrafiła sobie przypomnieć kiedy. Na Antarktydzie? Gdzieś. Ale nie na Marsie.
– Wiesz – rzekł Sax przyjacielskim tonem, jak gdyby znowu zmienił się w kogoś innego – to nie milicja „czerwonych” skłoniła Zarząd Tymczasowy do ewakuacji z Burroughs i reszty planety. Gdyby dokonali tego nasi partyzanci, wówczas Ziemianie ścigaliby ich i nawet mogliby schwytać. Z masowych demonstracji w namiotach jasno wynika, że prawie wszyscy na planecie są przeciwko nim. Oto, czego rządy obawiają się najbardziej – masowych protestów w miastach. Gdy setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice i manifestują za odrzuceniem aktualnego systemu. To właśnie Nirgal ma na myśli, kiedy mówi, że potęgę władzy danego kraju widać w spojrzeniach ludzi, jego mieszkańców. A nie w lufach karabinów.
– A więc? – spytała Ann.
Sax wskazał na ludzi w magazynie.
– Oni wszyscy są „zieloni”.
Pozostali kontynuowali dyskusję. Przechyliwszy głowę, Sax obserwował swoją rozmówczynię.
Ann wstała i wyszła z zebrania, na osobliwie spokojne ulice wschodniego Pavonis. Na narożnikach rozlokowały swe posterunki grupy przedstawicieli milicji. Wypatrywali w kierunku południowym, ku Sheffield i końcowej stacji kabla. Zadowoleni, nastawieni optymistycznie, poważni młodzi tubylcy. Stojąca na jednym rogu grupka osób pogrążona była w ożywionej dyskusji i kiedy Ann ich mijała, jakaś młoda kobieta, której twarz była bardzo skupiona i zaróżowiona od zapalczywie wyrażanych przekonań, wykrzyknęła:
– Nie możecie po prostu robić, co chcecie!
Ann się nie zatrzymała. Im dalej szła, tym bardziej czuła się nieswojo, choć nie potrafiła wyjaśnić przyczyny swego niepokoju. Rozmyślała o tym, jak ludzie się zmieniają: w małych przejściach kwantowych, porażeni zewnętrznymi wydarzeniami; żadnego celu, żadnego planu. Ktoś mówi: „Spojrzenia w oczach ludzi” i to zdanie łączy się nagle z obrazem – twarz rozjarzona zapalczywie wyrażanym przekonaniem – oraz z inną frazą: „Nie możecie po prostu robić, co chcecie!”. Pod wpływem widoku twarzy owej młodej kobiety Ann przyszło do głowy, że tutaj decyduje się nie tylko o losie kabla, że młodzi i starzy Marsjanie usiłują rozstrzygnąć bardziej ogólną kwestię, ostry postrewolucyjny problem, ważniejszy chyba niż jakakolwiek poszczególna sprawa, nawet los kabla. Chodziło mianowicie o sposób podejmowania wszelkich decyzji. Do teraz większość członków podziemia działała według roboczej zasady brzmiącej: „Skoro się z tobą nie zgadzamy, będziemy z tobą walczyć”. Ann doszła do wniosku, że właśnie owo nastawienie pchało ludzi do podziemia. Przyzwyczaili się do tej metody i teraz trudno im było znaleźć inną. Niedawno udowodnili, że się dobrze sprawdza, nie widzieli więc powodu, by jej unikać. Ann bardzo dobrze ich rozumiała.
Jednak potęga władzy… powiedzmy, że naprawdę widać ją w spojrzeniach ludzi. Możesz ciągle walczyć, lecz jeśli nie towarzyszy ci poparcie ludu…
Źródło: Vesper



naEKRANIE Poleca
ReklamaKalendarz premier seriali
Zobacz wszystkie premieryDzisiaj urodziny obchodzą
ur. 1965, kończy 60 lat
ur. 1979, kończy 46 lat
ur. 1987, kończy 38 lat
ur. 1960, kończy 65 lat
ur. 1983, kończy 42 lat

