Aquaman – recenzja filmu

W Lidze Sprawiedliwości Aquaman był jedną z fajniejszych postaci. Czy w swoim solowym filmie wypada równie ciekawie? Recenzja bez spoilerów.

Ocena recenzenta:
6/10

W Lidze Sprawiedliwości Aquaman był jedną z fajniejszych postaci. Czy w swoim solowym filmie wypada równie ciekawie? Recenzja bez spoilerów.

Dawid Muszyński

Dawid Muszyński

Tagi:  recenzja 

Artur (Jason Momoa), zwany przez cały świat Aquamanem, jest synem z nieprawego łoża królowej Atlanny (Nicole Kidman) i strażnika latarni morskiej. Poł człowiek, pół Atlandczyk. Hybryda, która jest uznawana przez mieszkańców Atlantydy jako hańba ich gatunku. Jednak gdy podwodny świat stoi na skraju wojny, która może objąć cały glob, Artur zostaje zmuszony odwiedzić królestwo niegdyś należące do jego matki, by stoczyć walkę ze swoim przyrodnim bratem Ormem (Patrick Wilson) o tron Atlantydy.

Po seansie jestem w kropce. Film Jamesa Wana jest piękny wizualnie. Przyjemnie się na ten podwodny świat patrzy. Został dopracowany w każdym detalu. Jest kolorowy i różnorodny. Każde z podwodnych królestw i gatunków zostało ciekawie zaprojektowane, z pomysłem. Twórcy nie przekombinowali w wymyślaniu tych podwodnych ruin. Może z wyjątkiem tego, że w świecie zlokalizowanym w jądrze Ziemi biegają dinozaury. Nie wiem dlaczego. Niestety, pod względem scenariuszowym jest źle. Bardzo źle. Z każdą minutą tego filmu umiera coraz więcej szarych komórek u widza, który próbuje zrozumieć, co dzieje się na ekranie. A dzieje się bardzo dużo. Twórcy scenariusza postanowili wsadzić tyle wydarzeń i postaci do tej produkcji, że to wszystko przytłacza. Cały wątek Czarnej Manty jest tutaj zbędny. Rozumiem, że bardzo chciano, by ta postać pojawiła się na ekranie, ale jej znaczenie dla losów całej historii jest praktycznie zerowe. Gdyby ją usunięto ze scenariusza, nikt by się nawet nie zorientował. Podczas seansu drażniły mnie detale, takie jak niekonsekwencja w stanie strojów noszonych przez bohaterów, które raz są suche, raz mokre. Jakby osoby za to odpowiedzialne pogubiły się, która scena następuje po której. Do tego z niezrozumiałych dla mnie względów scenarzyści doszli do wniosku, że co 10 minut muszą mi przypominać, o co w tym filmie chodzi. Jaki jest cel podróży Aquamana i co się stanie, jeśli się on nie powiedzie. Jakby powtórzenie tego dwa razy nie wystarczyło. Do tego dochodzą miejscami sztampowe dialogi, jakby ktoś je żywcem wyciął z brazylijskiej telenoweli.

Cieszę się, że scenarzyści postanowili niejako zrezygnować z całego origin story Aquamana. Dostajemy strzępki informacji mające na celu uzupełnienie obecnej fabuły. Sama akcja filmu dzieje się już po Lidze Sprawiedliwości, co oznacza, że ludzkość wie o istnieniu tego herosa, który walczył u boku Batmana i Supermana.

Po seansie wiem już, na co poszedł tak ogromny budżet działu odpowiedzialnego za efekty specjalne. Na falujące pod wodą włosy Dolph Lundgren. Odpowiednia animacja, by wyglądało to realistycznie, musiała kosztować fortunę.

W Aquamenie zobaczymy też wiele scen, które wyglądają jak zapożyczone z Indiana Jones and the Temple of Doom, Flash Gordon, a nawet The Little Mermaid (tu kłania się scena z pomalowaną ośmiornicą grającą na bębnach). Widać, że twórcom zależało, by ten film był bardzo przygodowy z mocnym zabarwieniem komediowym. Chcieli uzyskać efekt, z którego słyną filmy Marvela. Zadanie znacząco ich przerosło. Oprócz Momoy, który dostarcza nam kilu zabawnych momentów, reszta obsady ma z tym nie lada problem. Jakby utknęli w poprzednich, bardzo poważnych w swoim tonie, produkcjach DC.

Niemniej Jason Momoa jest świetnym Aquamanem. Trudno mi wybrać aktora, który lepiej pasowałby do tej roli. Widać, że dobrze się w niej czuje. Że sprawia mu ona radość. Chce się nią bawić. Co zresztą James Wan w wielu scenach genialnie wykorzystuje. Slow Motion z zawadiackim spojrzeniem aktora wywołuje pisk u żeńskiej części publiczności, a męskiej zapowiada, że zaraz będzie wielka rozróba. Zresztą Aquaman jest jednym z tych bohaterów, którzy czerpią ogromną radość z fizycznej konfrontacji z wrogiem. Nie unika jej. On do niej dąży. Co też powoduje, że bardzo szybko zaczynamy pałać do niego sympatią. Właśnie za ten zawadiacki charakter. Świetnie wypada też Patrick Wilson jako Król Orm. Idealnie pasuje do roli czarnego charakteru. Jego motywacja jest klarowna i bardzo łatwo ją zrozumieć. Do tego dochodzi nieskrywana nienawiść do bękarta, jakim w jego oczach jest Artur.

Aquaman jest jedną z tych produkcji, którą wystarczy obejrzeć raz i już więcej do niej nie wracać. Jeden bardzo przyjemny raz. Choć nie ukrywam, że chętnie przejdę się na drugą część, jeśli Momoa powróci do tej roli, bo przy tym całym zawirowaniu wokół DCU nie jestem tego taki pewien. Warner Bros. z DC wykonało krok w dobrym kierunku. Nie duży, ale dający wiarę w to, że jeszcze coś z tego będzie.

Gdzie obejrzeć ten film? Zobacz go w naszym repertuarze kin z opcją natychmiastowego zakupu biletu!

Aquaman

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV