Fear the Walking Dead: sezon 5, odcinek 5 - recenzja

Dobra passa niezłych odcinków w piątym sezonie musiała się w końcu skończyć. Najnowszy epizod Fear the Walking Dead nudził niemiłosiernie, a co gorsza nie przyniósł żadnych konkretnych informacji o tajemniczej społeczności, która stoi za zabraniem Ricka w nieznane. Po prostu: strata czasu.

Ocena recenzenta:
5/10

Dobra passa niezłych odcinków w piątym sezonie musiała się w końcu skończyć. Najnowszy epizod Fear the Walking Dead nudził niemiłosiernie, a co gorsza nie przyniósł żadnych konkretnych informacji o tajemniczej społeczności, która stoi za zabraniem Ricka w nieznane. Po prostu: strata czasu.

Wystarczyło pochwalić Fear the Walking Dead, że serwuje całkiem dobre odcinki w ostatnim czasie (jak na ten serial) i od razu twórcy postanowili zaprzeczyć temu stwierdzeniu. Epizod skupił się na Althei, która jakiś czas temu ruszyła w pogoń za nowym tematem. Historia zapowiadała się obiecująco, ponieważ liczyliśmy na wyjawienie informacji związanych z helikopterem ze znaczkiem z trzema okręgami oraz ludźmi w czarnych kombinezonach nękających poznane niedawno dzieciaki. A niestety, ani nie otrzymaliśmy konkretnych odpowiedzi, ani solowa „przygoda” Al nie emocjonowała w żaden sposób. W rezultacie odcinek można nazwać fillerem, który nic nie wniósł do fabuły.

Sprawa helikoptera wzbudzała ekscytację, ponieważ takim samym został zabrany Rick w siną dal w The Walking Dead. Zresztą w naszym spin-offie ci zmilitaryzowani ludzie też ciekawili ze względu na ich wrogie działania. Jednak od „Happy” nie dowiedzieliśmy się za wiele, poza nastawieniem tej społeczności na przyszłość i wykonywaniem misji za wszelką cenę oraz poszukiwaniem różnego rodzaju urządzeń czy zapasów. Tak naprawdę tylko ten czarny, odporny na ugryzienia zainfekowanych kombinezon dał nam informację, że gdzieś niedaleko odbudowuje się cywilizacja, która jest w miarę zaawansowana technicznie. Wszystko to brzmi zupełnie, jak The Commonwealth znane z komiksu. Jednak twórcy postanowili potrzymać fanów jeszcze dłużej w niepewności, zamiast potwierdzić te przypuszczenia. I głównie dlatego ten odcinek rozczarował.

Ale nawet, jeżeli twórcy postanowili nie wyjawiać sekretów tej społeczności, tylko sztucznie zbudować wokół niej grozę, to mogli chociaż przyłożyć się do napisania bardziej angażującego romansu między kobietami. Od szczerej rozmowy na szczycie skały oraz ogniska było wiadomo do czego ta krótka historia prowadzi. Dlatego też ciężko było się wczuwać w to grożenie śmiercią przez Isabelle, choć gra Maggie Grace nawet przyniosła delikatne napięcie i chwilowe wstrzymanie oddechu. Ale to za mało, żeby zaniepokoić się o los tej bohaterki. A ich pocałunek? Głównie wzbudzał obojętność, ale mógł też zażenowanie. Nie ze względu na to, że na ekranie całują się dwie kobiety, co w obecnych czasach nie jest niczym szokującym, ale to, że było to do bólu przewidywalne i wymuszone. A co gorsza nie czuć było żadnej chemii między postaciami, co jest największym grzechem tego romansu.

Natomiast odcinek zaskoczył w jednym szczególnym momencie, który pewnie w USA nie zrobił żadnego wrażenia, ale polscy widzowie na pewno się zdziwili. Otóż Althea niespodziewanie zdradziła Morganowi swoje dwuczłonowe nazwisko, czyli Szewczyk-Przygocki. Pierwszy raz oglądałam epizod Fear The Walking Dead z lektorem i gdyby nie to, w ogóle nie zrozumiałabym, co też Maggie Grace powiedziała. Czy to był żart twórców? W końcu wybrali wyjątkowo trudną ich zbitkę. Zresztą nie byłby to pierwszy raz, kiedy Amerykanie naśmiewają się z niełatwych do wypowiedzenia polskich nazwisk. Weźmy przykład z ostatniego sezonu Modern Family, gdzie Cameron mimo wspaniałej umiejętności ekspresowego czytania, poległ na polskich nazwiskach (polecam tę prześmieszną scenę!). Natomiast jaki był cel twórców, aby ta bohaterka akurat tak się nazywała? Ciężko powiedzieć. Miejmy nadzieję, że to jednak gest sympatii, dzięki któremu w uniwersum The Walking Dead możemy się pochwalić, że mamy postać z polskimi korzeniami. Jeśli taki był zamiar, to cel osiągnęli, bo aż miło zrobiło mi się na sercu.

Odcinek The End of Everything również nie wybronił się pod względem akcji. Choć nie brakowało zabijania zarażonych w brutalny sposób, to żadna z tych scen nie zapadła w pamięć. Fear the Walking Dead charakteryzuje się tym, że twórcy lubią wymyślać oryginalne miejsca czy sytuacje, gdzie mogą zaatakować szwendacze. Przecież już w tym sezonie spotkaliśmy napromieniowane żywe trupy, a inne skosiły śmigła samolotu. Tym razem Al z koleżanką musiały stawić czoła zombie-wspinaczom. Jedynym, co emocjonowało w tych bzdurnych scenach, było to, że dosyć dobrze je nakręcono, gdzie nie zniknęło poczucie, że wydarzenia odbywają się na dużej wysokości. A także to, że aktorki też musiały sobie poradzić na tych skałkach, co jest dużą sztuką. Czekamy na kolejnych nietypowych i pomysłowych zarażonych!

Najnowszy odcinek Fear the Walking Dead, choć zapowiadał się interesująco, niestety nudził. Poznaliśmy nieco lepiej Altheę, ale nie tego oczekiwaliśmy od epizodu, w którym pojawiła się osoba z nowej społeczności. Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowy kryzys i w następnym tygodniu powrócimy do wątku z Loganem, który odbił fabrykę jeansów. Może chociaż ta postać okaże się ciekawym antagonistą, który rozrusza ten sezon po tym słabszym odcinku i poprawi nam humory.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Fear the Walking Dead

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV