Przeczytaj w weekend

Pełzająca śmierć - recenzja filmu

Na ekrany kin weszła Pełzająca śmierć. Jak zauważa nasz recenzent, ten film już na poziomie tłumaczenia tytułu nie miał lekko. Jak jednak sprawdza się ta produkcja?

Ocena recenzenta:
7/10

Na ekrany kin weszła Pełzająca śmierć. Jak zauważa nasz recenzent, ten film już na poziomie tłumaczenia tytułu nie miał lekko. Jak jednak sprawdza się ta produkcja?

Andrzej Groch

Andrzej Groch

Ten film nie ma lekko. Zaczynając od średniego plakatu, który wywołuje najgorsze skojarzenia z tanimi filmami „straight to DVD”, po ten tytuł. Pełzająca śmierć. Jeżeli ktoś nie jest fanem horrorów klasy B, taka nazwa może go skutecznie odstraszyć od seansu. Byłby to jednak duży błąd, gdyż filmowi daleko do typowych, zabawnych produkcji o gumowych krokodylach, przy których można zrywać boki z puszką piwa w dłoni, czy celowo absurdalnych historii pokroju Rekinado. Crawl – bo tak brzmi oryginalny tytuł – zostało skrzywdzone przez polskiego tłumacza, nie pomaga mu też kiepska promocja filmu, który w Stanach Zjednoczonych nie był nawet pokazywany krytykom, przez co jest trochę przespany. Zupełnie niepotrzebnie.

Reżyser Alexandre Aja wraz z producentem Samem Raimim nakręcił chyba najlepszy film w swojej horrorowej karierze i postarał się dobrze, by widzowi podczas seansu nie było do śmiechu. Crawl to intensywna, trzymająca na krawędzi fotela przygoda, prawdziwy survival horror w spektakularnie ekstremalnej scenerii. To właśnie ona gra tu pierwsze, wywołujące ciarki na plecach skrzypce – mroczna, ciemna piwnica, częściowo zalana wodą i tak ciasna, że przez większą jej część trzeba pełzać na czworaka i przeciskać się przez rury i korytarze (stąd też taki, a nie inny tytuł). Wszystko to w małym domku na Florydzie, otoczonym przez bagna pełne aligatorów i potężnym huraganem w tle, który buduje niesamowicie apokaliptyczny klimat i jeszcze większe poczucie braku możliwości ucieczki. Wiatr ciska czym popadnie, deszcz leje się strumieniami z niemal czarnego nieba, a podczas gdy wszyscy ewakuują się z Florydy, główna bohaterka, Haley, rusza autem w sam środek cyklonu, by odnaleźć swojego ojca.

Duet Kaya Scodelario i Barry Pepper to trzon emocjonalnej części filmu. Motywujący i dopingujący swoją córkę, zawodową pływaczkę, ojciec, jest świetnie portretowany przez Peppera, ale rolę Scodelario należy nazwać po imieniu – brawurową. Znana z serii Więzień labiryntu Brytyjka, emanuje siłą i pewnością siebie, jednocześnie pokazując wrażliwość i kruchość tak dobrze, że przez cały seans będziecie kibicować jej w zmaganiach ze śmiercionośnymi aligatorami i zgrzytać zębami w każdym momencie, gdy dzieje się jej krzywda. Aktorka fantastycznie gra emocjami, czuć każdy niuans jej roli, gdy trzęsie się z zimna, z bólu, gdy podczas nostalgicznej rozmowy z ojcem rozkleja się, gdy walczy o życie i gdy znajduje w sobie siłę, by przeć dalej i nie poddawać się – w każdym z tych momentów Scodelario jest niesamowicie autentyczna i daje z siebie wszystko.

Film dziejący się w zamkniętej przestrzeni łatwo można popsuć nieumiejętnymi zdjęciami, na szczęście za kamerą operował Maxime Alexandre, który już choćby w Annabelle: Narodzinach zła i Shazamie! pokazał swoje umiejętności w dostarczaniu eleganckich, stylowych ujęć. Tym razem również stanął na wysokości zadania, kręcąc bardzo ładne kadry szalejącego żywiołu i klaustrofobicznych zakątków piwnicy, która za sprawą Alexandre’a wydaje się żyjącym i oddychającym stworzeniem, równie przerażającym co wygłodniałe aligatory. W połączeniu z dynamicznym montażem, film pomimo bycia hermetycznym, jest bardzo energetyczny, szybki i co rusz zaskakuje i straszy umiejętnie budowanymi scenami, nie zaś żenującymi jump scare’ami z głośnym, nagłym dźwiękiem w zestawie - tego tu nie uświadczycie, co nie znaczy, że Pełzająca śmierć jest pozbawiona takich patentów; są one po prostu zrobione dobrze, dlatego działają.

Na poziomie scenariusza jest tu wszystko, czego można oczekiwać po porządnym horrorze o zabójczych zwierzętach, bez wywołujących uderzenia otwartą dłonią w czoło momentów. Pomimo pewnej dozy przesady wywołanej szalejącym wokół bohaterów huraganem, wszystko trzyma się tu kupy, postacie nie zachowują się idiotycznie i ani przez moment nie musimy krzyczeć „nie idź tam” lub „nie rób tego”. Działają logicznie i instynktownie. Skojarzenia z Cloverfield Lane 10 mogą być zasadne, to dość podobny gatunek horroru, tylko z forfiterami zamiast kosmitów. Zaskoczyć mogą wspomniane w poprzednich akapitach emocjonalne sceny pomiędzy Haley a jej ojcem, które w obliczu sytuacji, w jakiej oboje się znaleźli, potrafią autentycznie wzruszyć, a to już prawdziwy przepych jak na horror o aligatorach.

Jeśli więc ktoś lubi tego typu kino – gęste, mocne, krwawe, dziejące się w zamkniętej przestrzeni, z której bohaterowie muszą się wydostać, ten z pewnością polubi się z Pełzającą śmiercią. To jeden z najciekawszych horrorów tego roku. Ocena na górze tekstu to 7/10 tylko dlatego, że nie używamy na stronie połówek, ale gdybyśmy używali, właśnie tyle dostało by ode mnie Crawl – 7,5/10.

Źródło: Zdjęcie główne: Paramount Pictures

Pełzająca śmierć

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV