Steven Spielberg kontra Netflix. Czy wielki reżyser ma rację?

Jaki efekt chciał osiągnąć Steven Spielberg, atakując Netflix i Romę? Nie spodziewał się przecież, że celując w tak popularne inicjatywy, zyska poklask miłośników kinematografii. Czy mamy tu do czynienia z klasyczną walką o wpływy, czy może chodzi o coś więcej?

Jaki efekt chciał osiągnąć Steven Spielberg, atakując Netflix i Romę? Nie spodziewał się przecież, że celując w tak popularne inicjatywy, zyska poklask miłośników kinematografii. Czy mamy tu do czynienia z klasyczną walką o wpływy, czy może chodzi o coś więcej?

Reżyserowi Jaws i Jurassic Park nie spodobał się rozmach, z jakim Roma była promowana przed tegorocznymi Oscarami. Zdaniem artysty gigantyczne pieniądze wyłożone przez Netflixa na marketing dzieła Alfonso Cuarón ustawiły na przegranej pozycji inne nieanglojęzyczne produkcje oraz uprzywilejowały Romę w walce o najważniejsze nagrody. Ponadto Netflix, udostępniający filmy w streamingu, za nic ma zasady dystrybucji kinowej. Jego produkcje dostępne są non stop, od ręki na całym świecie. Potentat nie dość, że nie respektuje zasady 90-dniowego okresu emisji filmów w kinach, to jeszcze nie ma obowiązku podawać wyników box office. Według niego filmy platform streamingowych nie powinny rywalizować z obrazami kinowymi. Najlepiej, jakby miały własną telewizyjną kategorię, gdzie walczyłyby z sobie podobnymi produkcjami.

Steven Spielberg chce, aby było, tak jak było

Co wynika z powyższych zarzutów? Parafrazując klasyka polskiej polityki, Steven Spielberg chce, aby „było tak, jak było”. Uważa, że nowe formy dystrybucji uderzają w jego działalność. Reżyser jest częścią układu, który kontroluje branżę rozrywkową na całym świecie, a każda świeża inicjatywa narusza niezachwiany stan rzeczy. Dodatkowo Spielberg boi się nowego. Nie ufa rozwojowi technologicznemu, nie wierzy w postęp, lęka się innowacyjności.

Powyższy opis nie pokazuje Stevena Spielberga pozytywnym świetle. Zwłaszcza że Netflix, Roma i streaming cieszą się olbrzymią popularnością na świecie. Wartości artystycznej filmu Cuaróna nie da się zakwestionować. Możliwości, jakie daje Netflix, również są niebagatelne dla rozwoju sztuki. To coś nowego, świeżego, a momentami wręcz wizjonerskiego. Steven Spielberg, stając na drodze Netflixa, wykazuje się małostkowością, zacietrzewieniem i najzwyklejszym w świecie samolubstwem. Poza tym, to nie promocja wygrywa najważniejsze nagrody filmowe, a jakość i merytoryka. Jeśli produkcja jest słaba, to nawet gigantyczne pieniądze nie pomogą w zajęciu miejsca na oscarowym podium. Dla miłośników kina, medium, z jakiego korzystają przy odbieraniu sztuki ma coraz mniejsze znaczenie. Oglądamy filmy i seriale nawet na telefonach komórkowych. Taki stan rzeczy odpowiada nam, czego Steven Spielberg najwidoczniej nie jest w stanie zrozumieć.

Reżyser jawi się więc jako całkiem niesympatyczny typ, który mało finezyjnie wchodzi z buciorami w nasze przyzwyczajenia, przy okazji próbując powstrzymać Netflixa przed wyprodukowaniem kolejnego hitu pokroju Romy. Jeśli mielibyśmy interpretować motywacje Spielberga według powyższego opisu, to nie da się ukryć, że artysta zafundował sobie prawdziwy strzał w kolano. Uderzając w tak popularną inicjatywę, może być pewien, że niejedno wiadro pomyj wyląduje mu na głowie. Twórca cieszący się nieposzlakowaną renomą stanie się obiektem hejtu. Z bohatera wielkiego ekranu przemieni się w klasycznego złoczyńcę. Nie jest to oczywiście los, który zgotował sobie Kevin Spacey, ale pewne mechanizmy, szczególnie jeśli chodzi o sympatię opinii społecznej, są tutaj tożsame. Rzecz w tym jednak, że rzekomy atak na Netflixa niekoniecznie powinniśmy odczytywać tak bezpośrednio. Wgłębiając się w temat, możemy zauważyć, że sprawa jest dużo bardziej złożona, a gra się toczy o większą stawkę.

O co tak naprawdę chodzi Spielbergowi?

Na wstępie warto ustalić jedno. Steven Spielberg jest zbyt doświadczonym i inteligentnym twórcą, aby umyślnie i celowo narazić się na olbrzymi hejt światowej publiki. Artysta, pod wpływem oscarowych emocji i zdenerwowany nagrodami dla Romy, naskrobał pośpieszne oświadczenie i długo nie myśląc, puścił je do internetu? Z pewnością tak nie było. Spielberg nie jest Donaldem Trumpem czy Pawłem Kukizem, którzy najpierw piszą, a potem myślą. Akcja z pewnością była zaplanowana wcześniej, a termin „pooscarowy”  również nie został wybrany przez przypadek. Steven Spielberg nie jest ostatnim Mohikaninem czy samotnym Don Kichotem walczącym z wiatrakami. Reżyser reprezentuje rzeszę ludzi, swoiste lobby , próbujące uzyskać pewien cel. Szanowany i doceniany twórca idealnie nadawał się na głos swojego środowiska, dlatego też to jego wypowiedź znalazła się w mediach. Dużo trudniej hejtować taką postać jak Spielberg niż mniej znanych, a często zakulisowych graczy. Z drugiej strony może zastanawiać forma wypowiedzi. W podobnych przypadkach zazwyczaj do mediów trafiają listy podpisane przez wielu zacnych twórców. Tutaj mamy tylko Spielberga, choć równie dobrze pod przesłaniem mógł podpisać się Christopher Nolan.

Czas zadać najważniejsze pytanie. O co tak naprawdę chodzi Spielbergowi? Przecież tak naprawdę Roma jest tutaj Bogu ducha winna, a Cuarón padł ofiarą większego zamieszania. Steven Spielberg nie kwestionuje jakości obrazu meksykańskiego twórcy. Uderza prosto w Netflixa. Oscar za reżyserię jest jednak bardzo ważnym symbolem zmian. Czymś, czego nie da się nie zauważyć. Dlatego też przeciwnicy rosnącej siły streamingu musieli zareagować właśnie teraz. List Spielberga jest również znakiem czasów. Uwielbiany przez masy twórca płynie pod prąd – wykonuje ruch, który odbierze mu rzeszę fanów. Stawka jest jednak wysoka.

Mówiąc krótko, chodzi o monopolizację kultury i walkę o dominację w kinematografii. Aby zrozumieć kontekst, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno ważne oscarowe zdarzenie. W kategoriach aktorskich triumfowali artyści znani z telewizji. Niegdyś zdobywcy Oscarów, nie potrafiący poradzić sobie w mainstreamowym kinie, schodzili na dalszy plan, znajdując swoją niszę w telewizji. Teraz, to streaming i tacy potentaci jak HBO nadają ton tego, co jest modne. Gwiazdy filmowe zdobywają szczyty właśnie na platformach VOD, a kino nie jest już kolejnym krokiem w ich karierach, a zaledwie jedną z możliwości. Współcześnie chyba tylko Marvel potrafi z nieznanych aktorów zrobić megagwiazdy. Teraz swoją cegiełkę do kreowania trendów dokłada także Netflix i pozostali.

Strony:
  • 1 (current)
  • 2

Źródło: zdjęcie główne: HBO

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV