Chew #7: Zgniłe jabłka – recenzja komiksu

Seria Chew już na dobre zadomowiła się na naszym rynku komiksowym. W najnowszym, siódmym tomie z przejawiającym do wyobraźni tytułem, wielbiciele opowieści o sympatycznym cybopacie dostaną dokładnie to, czego mogą się po tym zabawnym cyklu spodziewać.

Ocena recenzenta:
7/10

Seria Chew już na dobre zadomowiła się na naszym rynku komiksowym. W najnowszym, siódmym tomie z przejawiającym do wyobraźni tytułem, wielbiciele opowieści o sympatycznym cybopacie dostaną dokładnie to, czego mogą się po tym zabawnym cyklu spodziewać.

Tomasz Miecznikowski
Tomasz Miecznikowski

A czegóż to spodziewamy się po Chew: Bad Apples? Nie zabrzmi to może zbyt ambitnie, ale przede wszystkim porządnych odpałów. Z każdym kolejnym tomem scenarzysta John Layman podkręca o kolejne kilka stopni poziom absurdu i groteski, bawiąc się przeróżnymi, gatunkowymi konwencjami, wywracając je na nice i przy okazji inteligentnie z nich kpiąc. Chew to rodzaj obłaskawionej anarchii, seria w której wcale nie chodzi o to, że dla twórców nie ma żadnych świętości. Bo świętością jest tu po prostu bogactwo popkultury, które można do woli w obrazowy, acz sympatyczny sposób powyśmiewać. To w zasadzie rodzaj hołdu nieskrępowanej wyobraźni dla wszelkich owoców współczesnej rozrywki, nawet jeśli niekiedy jawią nam się one jako - nomen omen - zgniłe.

A przecież przy okazji poprzedniego tomu w ten niepoważny ton opowieści wkradła się nutka powagi. Wszystko za sprawą smutnego losu przesympatycznej Antonelli, siostry Chu, która zginęła z rąk głównego złego serii, czyli pewnego rosyjskiego ( a właściwie serbskiego) wampira (który wampirem wcale nie jest). Coś, co było na pewno niemałym szokiem dla czytelników, dla głównego bohatera jest punktem przełomowym. Tony zmienia nagle swoje oblicze skutecznego, acz w jakiś sposób ciapowatego i wrażliwego stróża prawa na prawdziwego twardziela, który nie cofnie się przed żadnym wyzwaniem. Napędza go żądza zemsty, a jego jedynym celem jest skonfrontowanie się z mordercą Toni.

Swoją drogą w tak nieprzewidywalnej serii, droga do powrotu zmarłej bohaterki wydaje się być wcale nie zamknięta, co podpowiadają czytelnikom delikatne sugestie twórców. Na pewno przez wielu fanów byłoby to pożądane, bo swą osobowością i niecodziennym  rodzajem charyzmy, Toni potrafiła przyćmić resztę bohaterów. Gdyby zatem w jakiś sposób  (znając twórców na pewno w przedziwny) bohaterka powróciła, nikt chyba nie miałby im tego za złe.

A co poza tym? Cóż, jak było napisane wyżej, twórcy znowu zasypują nas tonami groteskowych, niecodziennych scen, przy okazji rozbudowując do granic absurdu galerię dotkniętych dziwacznymi zdolnościami osobników. Dalej nie wiemy, o co dokładnie chodzi, jakie były przyczyny epidemii, która zmieniła oblicze świata, Layman wciąż wodzi nas za nos, co momentami zaczyna nużyć i drażnić, niczym w pamiętnych, serialowych Lost. Rąbka tajemnicy uchyla nam zaskakująca konfrontacja wyznawcami Kościoła Boskiego Niepokalanego Jajka, pozostawiając głównego bohatera (i jego fanów) z przeświadczeniem, że nic w tej historii nie jest tym, czym się wydaje.

Chew - okładka
Źródło: Mucha Comics

Chew zatem dalej się kręci, główny bohater wraca na pierwszy plan, wywołując przy tym czystą radość swoimi niedawno nabytymi, bejsbolowymi umiejętnościami. Można odnieść wrażenie, że pozostałe postacie i ich problemy - Mason Savoy, Oliwka i John Colby - drepczą fabularnie w miejscu, ale może o to chodziło. Tym razem skupiliśmy się na Tonym i jego determinacji, co wyszło historii na dobre. A zatem, chyba juz kolejny raz można śmiało powiedzieć - mimo pewnych przeciwwskazań znowu się udało i ponownie na następny tom będziemy czekać z niecierpliwością.

Źródło: fot. Mucha Comics

Chew: Zgniłe jabłka

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV