Przeczytaj w weekend

Falling Water: sezon 1, odcinek 10 (finał sezonu) – recenzja

Pierwszy sezon Falling Water kończy się przyzwoitym odcinkiem. Kierunek jaki obrali twórcy może nie do końca zadowoli wszystkich widzów, ale nie można odmówić mu dobrego pomysłu i wykonania. Nie udało się wyjaśnić wszystkiego, co pozostawało tajemnicą, lecz nadal jest to dość satysfakcjonujące zakończenie.

Ocena recenzenta:
7/10

Pierwszy sezon Falling Water kończy się przyzwoitym odcinkiem. Kierunek jaki obrali twórcy może nie do końca zadowoli wszystkich widzów, ale nie można odmówić mu dobrego pomysłu i wykonania. Nie udało się wyjaśnić wszystkiego, co pozostawało tajemnicą, lecz nadal jest to dość satysfakcjonujące zakończenie.

Maciej Lehmann
Maciej Lehmann

Odcinek rozpoczyna się od bezpośredniej kontynuacji poprzedniego epizodu. Śledzimy poczynania Burtona, któremu udało się uratować chłopca, będącego w obrębie pożądania niemal wszystkich. Bardzo szybko udaje się bohaterowi nakłonić dziecko do współpracy. Rzeczywistość jednak kształtuje się całkowicie inaczej niż Burton mógł przypuszczać, a Kobieta w Czerwieni obnaża swe prawdziwe oblicze. To stanowi jedynie sprawny prolog do dalszych wydarzeń odcinka.

Tess i Takę również zastajemy zaraz po wydarzeniach z dziewiątego odcinka. Ta pierwsza wdała się we wspólny sen z siostrą, by wtajemniczyć ją we wszystko co dzieje się wokół. Ta jednak nadal pozostaje sceptyczna, podziwiając uroki swoich sennych przygód. Jest to zrealizowane w odpowiedni sposób i prezentuje dobry poziom. Szybko jednak przechodzimy dalej, ponieważ twórcy nie dysponują zbyt dużą ilością czasu ekranowego, a mają do opowiedzenia jeszcze spory kawałek historii.

Tym sposobem docieramy do esencji tego odcinka. Tess, prowadzona wskazówkami syna, dociera do restauracji, która była miejscem wielu wydarzeń rozgrywających się w sekwencjach sennych. W rzeczywistości nie bije od niej taki majestat, jak w wyobrażeniach bohaterów. To właśnie tutaj dochodzi do najważniejszego zdarzenia. Jesteśmy świadkami spotkania Tess i jej syna, ale wraz z nim pojawia się największy mankament tego odcinka. Twórcy w umiejętny sposób budowali napięcie na przestrzeni wszystkich poprzednich epizodów, gdzie w ostatniej chwili dziecko wymykało się „z rąk” bohaterki. Było to pokazane poprawnie i prowadziło właśnie do tej jednej chwili. Tutaj niestety całkowicie brakuje głębi i emocji na ekranie podczas zjednania matki z synem. Jest to ukazane powierzchownie i nie wywiera zbytnio wpływu na widza, a tym samym nie angażuje go.

Dalej scenarzyści wykazali się pomysłowością i w ciekawy sposób ukazali kolejne wydarzenia. Zastosowanie pętli, którą bohaterowie przeżywają na nowo i na nowo, do momentu znalezienia bezpiecznego wyjścia, okazało się strzałem w dziesiątkę. Co prawda nie przynosi nam to zbyt wiele informacji, których twórcy skąpili nam przez cały sezon, ale dostarcza za to szybką akcję i wiele interesujących zagrań. Pozwala to również na wiele konfiguracji pomiędzy bohaterami. Zostało to przemyślane i zrealizowane naprawdę sprawnie i stanowi mocny element tego odcinka. Nie do końca przekonuje wyjście z pętli, ponieważ nie jest podyktowane żadnymi wydarzeniami i dzieje się tak po prostu.

W odcinku dostajemy bardzo interesujące spotkanie Tess z Kumiko. Możemy zaobserwować w tej scenie namiastkę mocy jaką posiada matka Taki. Wedle swej woli może ona naginać rzeczywistość senną, dyktując warunki. Na drodze staje jej jednak syn, którego siła kontrolowania sennych mar wydaje się być jeszcze większa. Ponownie bardzo sprawnie i wiarygodnie ukazano rozdarcie wewnętrzne bohatera. Twórcy starali się tutaj także pokrótce uzasadnić przejście Billa na złą stronę. Nie wypada jednak to ani trochę wiarygodnie i nadal razi sztucznością i brakiem pomysłu, a przecież Kumiko i jej „armia” wydawali się znacznie ciekawszym przeciwnikiem i do tego z lepszymi motywami. Szkoda również, że w dalszej części całkowicie zmarginalizowano rolę Burtona, który praktycznie nic nie robił.

Interesująco zostały rozpisane również ostanie sceny każdego z bohaterów. Nie zaserwowano nam tutaj zamkniętego zakończenia, ale nie pokuszono się także o szokujący cliffhanger. Otwarte zakończenie działa tutaj bardzo dobrze, stanowiąc dobry finał dla podróży każdej z postaci, gdzie ciąg dalszy każdy z nas może sobie dopowiedzieć wedle uznania. Z drugiej strony funkcjonuje to jako furtka na ewentualny drugi sezon.

Falling Water kończy pierwszy sezon udanym odcinkiem, pomimo iż nie wszystko zagrało tak jak należy. Wciągająca fabuła obfitująca w ciekawe pomysły scenarzystów sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Mocnym elementem są także bohaterowie kreowani na przestrzeni całej serii, od których bije odpowiednia głębia, co sprawia, że ich losy nie są nam obojętne i śledzimy je z zaciekawieniem. Twórcy mieli tutaj problem z odpowiednim ukazaniem ładunku emocjonalnego w kluczowych momentach, co stanowiło największy błąd finału. To jednak nie przeszkadzało, aż tak bardzo w czerpaniu przyjemności z seansu. Falling Water to dość przeciętny serial, który zanotował wzrost poziomu pod koniec sezonu. Traktuje o snach, które stanowią ogromne pole do popisu, jednak nie do końca udało się wykorzystać pełnię potencjału w tym przypadku.

Źródło: fot. USA Network

Circular Time

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV