Maski nigdy zdjąć nie wolno

Choć od amerykańskiej premiery minęło ledwie trzy dni, Jeździec znikąd już został okrzyknięty najgorszym filmem 2013 roku. Recenzje krytyków są w większości negatywne, a na starcie produkcja uzyskała tragiczny wynik finansowy. Faktycznie jest aż tak źle, czy może to kolejny przypadek, gdy nie należy kierować się recenzjami znawców kina?

Ocena recenzenta:
4/10

Choć od amerykańskiej premiery minęło ledwie trzy dni, Jeździec znikąd już został okrzyknięty najgorszym filmem 2013 roku. Recenzje krytyków są w większości negatywne, a na starcie produkcja uzyskała tragiczny wynik finansowy. Faktycznie jest aż tak źle, czy może to kolejny przypadek, gdy nie należy kierować się recenzjami znawców kina?

Katarzyna Koczułap
Katarzyna Koczułap

Sprawa jest prosta: każdy, kto nie jest Amerykaninem, ma szansę na Jeźdźcu znikąd bawić się chociaż średnio. Taka konkluzja wynika z tej prostej przyczyny, że historia bohatera, któremu pomaga rodowity Indianin, w amerykańskiej kulturze funkcjonuje od 1933 roku. Jest to legenda, na której wychowywały się pokolenia; legenda, która na dobre gości w umysłach i sercach Amerykanów. A jak wszyscy dobrze wiemy, są oni bardzo drażliwi na punkcie swoich mitów, tradycji i bohaterów; każdą zmianę przyjmują nieufnie i łatwo ich urazić. Z kolei Gore Verbinski do tematu podszedł zupełnie po swojemu, sam się przyznając do tego, że poczynił w oryginalnej historii wiele zmian, a tym samym wywołał burzę. Z piorunami.

Jeździec znikąd opowiada historię człowieka, który pod wpływem traumatycznych wydarzeń staje się bojownikiem o sprawiedliwość. Z pomocą przychodzi mu Indianin Tonto, który jest odszczepieńcem wygnanym z własnego plemienia Komanczów. Każdy z nich prowadzi swoją własną wendettę i postrzega kwestie sprawiedliwości, moralności oraz prawa na swój sposób, co prowadzi do wielu sporów i (niekiedy zabawnych) niejasności. Wszystko to rozgrywa się w czasach budowy Kolei Transkontynentalnej, w małym miasteczku w stanie Teksas na środku prerii, gdzie konflikt białych z Indianami wciąż przybiera na sile.

 Z Jeźdźcem znikąd jest ten problem, że on nie wie, jakim filmem chce być. Balansuje na granicy westernu, dramatu, komedii, absurdu i kina przygodowego, co w rezultacie daje istny miszmasz, który jednocześnie bawi i wprawia w zakłopotanie. Niby warto spojrzeć na niego z przymrużeniem oka, niby są momenty naprawdę zabawne, niby jest sporo rozrywki, pościgów na dachach, rozbitych szyb i strzelanin, niby jest romans, niby momentami jest dramatycznie i wzruszająco. Niby jest wszystko, ale to jest właśnie problem. Kolejne sceny zmieniają się tak szybko, że widz w ogóle nie ma szansy się zastanowić, czy wczuć się w historię. Emocjonalnie film wypada bardzo płasko, a w scenariuszu pełno jest luk i nieścisłości.

Mierzi także fakt, że masakra Indian, do której doszło w czasach budowy Kolei Transkontynentalnej, została przedstawiona tak schematycznie i właściwie bez próby spojrzenia na temat trochę głębiej. Wątek ten, upchnięty w ramach momentami absurdalnego westernu, wzbudził niesmak i zażenowanie. Można zrealizować temat tak poważny, korzystając z prześmiewczej konwencji i zrobić to ze smakiem, co udowodnił chociażby Quentin Tarantino w Bękartach wojny. Verbinskiemu się niestety nie udało.


©2013 Walt Disney Pictures

Aktorsko film wypada także średnio. Johnny Depp poniżej pewnego poziomu nie schodzi nigdy, ale niczym też nie zachwyca. Armie Hammer spisuje się co najwyżej przeciętnie, a rola Heleny Bonham Carter w moim odczuciu została całkowicie zmarnowana. A szkoda, bo postać Red Harrington była więcej niż interesująca; twórcy niestety nie wykorzystali jej potencjału. Z kolei słowa uznania należą się Willamowi Fitchnerowi i Tomowi Wilkinsonowi, ponieważ wykreowani przez nich antagoniści - Butch Cavendisch i Latham Cole - to najlepsze postaci w filmie, i jedyne, które prawdziwie żyją na ekranie, przyciągając widza ogromnymi pokładami charyzmy. Poza tym, jedynym elementem, do którego nie można się w żaden sposób przyczepić, jest muzyka. Fenomenalny Hans Zimmer stanął na wysokości zadania. Zrobił muzykę, która ożywia każdą scenę, idealnie śrubuje napięcie i buduje klimat wtedy, gdy inne rzeczy zawodzą. Te absolutnie zachwycające melodie na długo pozostaną w mojej pamięci.

W ogólnym rozrachunku Jeździec znikąd to film tylko przeciętny. Trochę za wcześnie, by nazwać go najgorszą produkcją tego roku; prędzej zasłuży sobie na miano największego rozczarowania, bo trzeba przyznać, że oczekiwania były bardzo duże. Verbinski świetnie poradził sobie z przywróceniem mody na piratów, ale z amerykańską legendą Jeźdźca znikąd nie poszło już tak dobrze. Mimo tego, po cichu, w kuluarach już mówi się o sequelu. W odpowiedzi powiem głośno: panie reżyserze, to naprawdę nie jest najlepszy pomysł. 

Jeździec znikąd

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV