Teoria wielkiego podrywu: sezon 11, odcinek 15 – recenzja

Kolejny epizod Teorii wielkiego podrywu w najlepszym razie można nazwać tylko średnim. Widać, że główni bohaterowie stają się coraz poważniejszym problemem produkcji.

Ocena recenzenta:
4/10

Kolejny epizod Teorii wielkiego podrywu w najlepszym razie można nazwać tylko średnim. Widać, że główni bohaterowie stają się coraz poważniejszym problemem produkcji.

Mateusz Tutka
Mateusz Tutka
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Doceniam, że scenarzyści starają się od czasu do czasu budować historie dłuższe niż jeden odcinek. To pozytywna sprawa i warto z niej częściej korzystać. Niestety pomysł to nie wszystko, bo trzeba jeszcze odpowiednio go zrealizować. W The Novelization Correlation to się nie udaje, a wszystkiemu winni jak zwykle główni członkowie gangu, zwłaszcza Sheldon.

Uczłowieczanie dr. Coopera to zły pomysł, który psuje tę niegdyś uwielbianą postać. Jim Parsons ma wyraźne problemy w odgrywaniu poważniejszych scen, a w tych z zamierzenia komicznych winę można zwalić na scenarzystów. Wiele żartów już widzieliśmy albo po prostu nie pasują do postaci. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie przy sucharze o internetowym trollingu. Jego mądralińska postawa również się już przejadła, tak samo zresztą jak specyficzna relacja z Willem Wheatonem (aktor zaliczył przyzwoity występ gościnny). Najpozytywniej w tym wszystkim ocenić można Howarda i Raja oraz tekst Sheldona o bondowskich złoczyńcach, chociaż i tutaj mowa co najwyżej o przeciętności. Rozwój postaci kuleje w produkcji, a ta odsłona tylko potwierdza tę tezę.

Drugi wątek o książce pisanej przez Leonarda również jest kontynuacją i to niespodziewaną. Tutaj akurat zostałem bardzo mile zaskoczony - z krótkiej sceny postanowiono zbudować cały wątek. Znów jednak sporo zabrakło do satysfakcjonującego poziomu. Relacja Leonarda z Penny jest tylko w porządku. Nie za bardzo śmieszy, ale żadne z nich nie irytuje jak Sheldon. Gorzej, że twórcy znów pokazują nam, że są świadomi, iż blond postacie kobiece w Teorii… można w zasadzie opisać tymi samymi przymiotnikami. Tak w zasadzie to wszystkie trzy bohaterki pasowały do Ilsy (i jak na ironię matka Leonarda najmniej, choć jej króciutki występ podreperował opinię o epizodzie). Słabo prezentowały się sekwencje wyjęte z książki. Winowajcą tutaj jest brak humoru. Tego najbardziej zabrakło w tym niecodziennym koncepcie.

Zepchnięcie Raja i Howarda do roli tła nie wyszło na dobre Teorii…, bo przez to fani dostali irytującego Sheldona, który dwoi się i troi, by stać się człowiekiem, oraz niewywołujący większych emocji wątek Leonarda. Oby na kolejny przebłysk i bardziej zabawny odcinek twórcy nie kazali czekać zbyt długo.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

The Novelization Correlation

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV