Aquaman #01: Utonięcie – recenzja komiksu

Władca mórz dołącza do odrodzonego uniwersum DC. Atlantyda przygotowuje się do wejścia na arenę międzynarodowej polityki. Tymczasem Arthur Curry musi zmierzyć się wydarzeniami, które mogą zniszczyć wszystkie plany jego królestwa.

Ocena recenzenta:
3/10

Władca mórz dołącza do odrodzonego uniwersum DC. Atlantyda przygotowuje się do wejścia na arenę międzynarodowej polityki. Tymczasem Arthur Curry musi zmierzyć się wydarzeniami, które mogą zniszczyć wszystkie plany jego królestwa.

W listopadzie ubiegłego roku na ekranach gościł film Justice League. Reakcje publiczności były podzielone, niektórzy chwalili film za odejście od męczącego patosu i nadmiernego rozdmuchania. Inni narzekali na cięcia, którym poddano go podczas postprodukcji. Fani podzieleni przez poprzednie filmy Snydera pogłębili przepaść między sobą jeszcze bardziej. Większość odbiorców zgodzi się jednak, że obsadzenie Jason Momoa w roli Aquamana było jasną stroną najnowszej odsłony kinowego DC. Dawny Ronon Dex i Khal Drogo przeniósł twardzielską charyzmę swoich poprzednich postaci, tworząc kreację, która jednocześnie wzbudzała królewski szacunek i nie stroniła od humoru. Klasyczne już żarty o rozmawianiu z rybami zostały wykorzystane inteligentnie, a sam Arthur stał się odpowiedzią na Marvelowego Thora.

Dlaczego zamiast pisać o komiksie, wspominam film? Otóż, w przeciwieństwie do niego, Utonięcie nie robi nic, co pomogłoby fanom znającym Aquamana tylko z żartów w The Big Bang Theory i internetowych memów nabrać szacunku do postaci. To niewybaczalne, biorąc pod uwagę, że to pierwszy tom przygód króla Atlantydy w Odrodzeniu, które z założenia ma zachęcić czytelników na nowo. Na kartach komiksu wielokrotnie wspomina się, że Aquaman jest dla Ligi Sprawiedliwości jedynie maskotką. Opinia publiczna uważa go za „gościa od ryb”. Gdyby scenarzyści postawili to jako tezę do obalenia, Aquaman vol. 1: The Drowning zyskałoby bardzo dużo. Niestety, przez większą część fabuły, Arthur potwierdza plotki o swojej bezużyteczności jako superbohater i na dodatek jest z tego podejścia dumny.

Fabuła zaczyna się od otwarcia stacji Spindrift, ambasady Atlantydy na lądzie. Na stację zjeżdża się rzesza dziennikarzy, wojskowych i polityków, którzy chcą być świadkami wejścia morskiego królestwa na arenę międzynarodową. Zamiast tego doświadczają oni wymierzonego w króla ataku Czarnej Manty. Manta jest zabójcą, który pragnie zemsty na Aquamanie za śmierć jego ojca. Pojedynek między bohaterem i złoczyńcą jest intensywny i jest jedną z niewielu naprawdę emocjonujących sekwencji tomu.  Większą część komiksu zajmuje zmierzenie się bohatera z konsekwencjami starcia. Opowieść skupia się na politycznych dyskusjach, czyli zdecydowanie nie na tym, co chcieliby czytać miłośnicy superbohaterów. Aquaman dobrowolnie poddaje się aresztowaniu i nie zgadza się podjąć akcji mających na celu znalezienie i pokonanie jego wrogów. To właśnie ukazuje słabość postaci Aquamana. Jego poczucie moralności nie jest tak wyraziste jak u Supermana (o czym później), a odmowa użycia siły sprawia, że większość stron jest przegadana.

Zdecydowanie lepiej od samego Arthura prezentują się bohaterowie poboczni. Ukochana bohatera, Mera, jest silną, zdecydowaną kobietą. Rudowłosa piękność popycha narzeczonego do działania, a jej pasja udziela się czytelnikowi. To ona powinna być centralną postacią opowieści zamiast tytułowego bohatera. Oprócz Mery pojawia się nowa postać,  sympatyczna porucznik Joanna Stubbs, która znajduje się na stacji Spindrift podczas ataku. Jej występy są bardzo krótkie, ale zawsze dodają człowieczeństwa i delikatności opowieści. Czarna Manta za to jest bardzo przekonujący na początku, w prologu i podczas walki. Niestety dalsza część jego wątku jest bardzo rozwodniona i służy jedynie zapowiedzi kolejnego tomu. Wspomniany wcześniej Superman pełni rolę kompasu moralnego Ligi Sprawiedliwości, demonstrując większą siłę od Aquamana, zarówno pod względem fizycznym, jak i charakteru, ostatecznie podkopując postać głównego bohatera.

Na ostatnim Festiwalu Komiksu w Łodzi Jim Lee został spytany, dlaczego każdy współczesny artysta chce rysować tak jak on. Gdyby opisać styl graficzny Utonięcia jednym zdaniem, byłoby to zdanie: „Jim Lee tylko gorzej”. Rysunki nie mają polotu, często wielkie sylwetki postaci zajmują większość kadru, nie zostawiając miejsca dla niczego w tle. Jest kilka wyróżniających się całostronicowych ilustracji (otwierająca komiks ławica ryb, Czarna Manta zakładający po raz pierwszy kostium czy dwustronna panorama wojsk Atlantydy gotowych do ataku), które sugerują, że artyści mieli możliwość stworzyć coś znacznie lepszego. Czy zabrakło czasu, czy umiejętności w planowaniu kadrów, grafiki są bez polotu i dobijają ostatni gwóźdź do trumny nowego Aquamana.

Dotychczas Odrodzenie było jednym wielkim przebojem. Każda odsłona uniwersum wprowadzała bohaterów do sytuacji, która przy zachowaniu ich dawnego charakteru, stawiała ich naprzeciw nowych trudności. Niejednoznaczność osi fabularnej pozwalała łatwo wejść w te historie i zapewniała prosty start nowym czytelnikom. Niestety, Aquaman, co pokazał film Liga Sprawiedliwości, pilnie potrzebował uwspółcześnienia osobowości, uatrakcyjnienia w oczach czytelników (które, po części, nastąpiło w uniwersum New 52). Niestety, władca mórz musi nadal czekać na uznanie wśród wielbicieli. Tymczasem, pozostają mu dowcipy o rozmowach z rybami i przesiadywanie przy stole dla drugorzędnych postaci.

Źródło: fot. Egmont

Aquaman #01: Utonięcie

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV