Hawaii 5.0: sezon 7, odcinek 10 – recenzja

Przedostatni tegoroczny odcinek Hawaii 5.0 zaprezentował dobry poziom. Było rozrywkowo, ale momentami ciekawiej i poważniej niż zwykle. Poznaliśmy także nową bohaterkę, która wypadła niezwykle sympatycznie.

Ocena recenzenta:
7/10

Przedostatni tegoroczny odcinek Hawaii 5.0 zaprezentował dobry poziom. Było rozrywkowo, ale momentami ciekawiej i poważniej niż zwykle. Poznaliśmy także nową bohaterkę, która wypadła niezwykle sympatycznie.

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Niezłym pomysłem na otwarcie 10. odcinka Hawaii Five-0 było pokazanie umiejętnie zrealizowanej sceny hipnozy, której wcześniej nie nadano konkretnego kontekstu. W ten sposób zarzucono haczyk na zainteresowanie widza i silniej przyciągnięto uwagę do prowadzonej sprawy kryminalnej. Zamysł wyciągnięcia zbrodni z przeszłości nie jest oczywiście szczególnie oryginalny, ale wmieszanie w nią znaną niegdyś zawodniczkę i byłego policjanta, który do tematu podchodził bardzo osobiście, dało sumarycznie ciekawy efekt.

Sprawdziło się także stopniowe ujawnianie kolejnych faktów i poszlak, które zamiast kierować intrygę na kolejne niepowiązane i nowe tory, rzucało światło na dotychczasowe wydarzenia i skłaniały do ich reinterpretacji. Całość była oczywiście uproszczona – jak znak lodziarni pośrodku pustej drogi w lesie, który mógł być przede wszystkim dowodem marketingowej wpadki decydenta. Albo odtwarzanie zbrodni przez McGarretta i naciągane przyznanie się Travisa, które generalnie można jednak było podciągnąć pod wymuszenie ze strony emerytowanego detektywa. Ostatecznie śledztwo poprowadzono więc umiejętnie, a dedukcja bohaterów o wypadku na drodze miała więcej znamion faktycznej policyjnej roboty niż kolejna sztampowa strzelanina.

Steve, Danno i Bridget
źródło: CBS

Dość drastyczne było ujawnienie winowajcy i faktycznego przebiegu zdarzeń. To, że okazała się nim matka chłopaka poddawanego hipnozie, może nie stanowiło szczególnego zaskoczenia, ale okrucieństwo w jej zachowaniu już tak. Jedno to głupi wypadek po pijaku, ale już brutalne dobicie i zakopanie ofiary to poważna sprawa. Trochę przesada scenariusza, ale z drugiej strony można rozwinąć ją w komentarz o ludzkiej kondycji, nieprzewidywalnym charakterze, a także przewrotną refleksję o tym, że wyjątkowo podłych uczynków dopuszczają się także przyzwoici na co dzień ludzie. Wystarczy jeden zły dzień.

Serial nie ma jednak takich moralizatorskich ambicji, wystarcza tu więc tylko ta powierzchowna sugestia. Całkiem nieoczekiwanie drugie dno dołożono w wątku wprowadzającym siostrę Danny’ego Williamsa. Bridget (Missy Peregrym) pokazała się jako pełna wdzięku i atrakcyjna bohaterka, ale jej entuzjazm był fasadą, pod którą skrywały się ważkie problemy tożsamościowe. Być może z powierzchni nie pasowała ona do definicji matki i gospodyni domowej (to równocześnie oznaka stereotypowego myślenia widza oraz tendencyjności castingów), ale wokół tych aspektów zogniskowała się jej historia. Nakreślono je kameralnie, ale trafnie i jednocześnie wzbogacono też rys psychologiczny Danny’ego. Jego uwagi o implikacjach romansu przedstawiono z pełną powagą i ta wcale nie brzmiała fałszywie.

Missy Perygrym
źródło: CBS

W duecie na początku wypadli oni nieco sztucznie, co jest oczywiście pokłosiem tego, że serial nigdy wcześniej nie wprowadził wątku siostry detektywa. A szkoda, bo to dobry pomysł na rozbudowanie osobistego zaplecza - może więc teraz jej postać pojawiać się będzie częściej. Szczególnie, że już pod koniec odcinka czuć było lepszą chemię pomiędzy aktorami, a w konsekwencji także pomiędzy odgrywanymi przez nich bohaterami. Motyw wspólnego oglądania TV to zaś przyziemnie piękny i życiowo prosty symbol podkreślający więzi rodzeństwa.

Jeśli chodzi tymczasem o inne relacje to świetne były także sceny bromansu pomiędzy Danno a Steve’m. Ich przekomarzanie się i odtwarzanie ułożenia ręki na plecach odegrane zostało wesoło i zupełnie naturalnie. Procentują lata przyjaźni, które trudno jest przeskoczyć wprowadzając kogoś nowego, choćby i nawet pokrewnego.

Z drugiej strony nie potrzeba było wiele czasu, żeby uwypuklić przywiązanie China do Sary. To wątek, który w Hawaii Five-0 znajduje się dotychczas na drugim planie, ale cierpliwie popychany jest do przodu i już za chwilę – jeśli tylko nie zostanie rozmieniony w tanią sensację - może przerodzić się w interesującą konkluzję o rodzicielskich aspiracjach i zaangażowaniu Kelly’ego. To zawsze lepszy pomysł niż bezsensowne plucie ołowiem.

Źródło: zdjęcie główne: CBS

Ka Luhi (The Burden)

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV