Legends of Tomorrow: sezon 5, odcinki 6-8 - recenzja

Kiedy wszystkie ręce idą na pokład (czytaj – kiedy wszyscy scenarzyści klepią przy crossoverze), cierpią na tym wszystkie seriale DC. Kiedy w końcu scenarzyści mogą w spokoju ducha popracować nad swoimi serialami, jest lepiej. Przynajmniej odrobinkę.

Ocena recenzenta:
6/10

Kiedy wszystkie ręce idą na pokład (czytaj – kiedy wszyscy scenarzyści klepią przy crossoverze), cierpią na tym wszystkie seriale DC. Kiedy w końcu scenarzyści mogą w spokoju ducha popracować nad swoimi serialami, jest lepiej. Przynajmniej odrobinkę.

Widzieliśmy to praktycznie przy każdym serialu wypuszczonym przez The CW. Znaczna część pierwszej połowy obecnego sezonu Flasha to była popelina, z której często wiało nudą. Supergirl od długiego czasu cierpi na indolencję twórczą, choć po Kryzysie trochę to się zmieniło. Arrow również nie miał najlepszego rozstania z widzami, choć część odcinków związanych z Kryzysem była całkiem udana. No i Legendy, które zawsze chyba były traktowane jak niechciane dziecko, przy Kryzysie straciły bardzo dużo ze swojego uroku. Dziurawy i mało sensowny scenariusz (tak, wiem że nie można powiedzieć, aby wcześniejsze były majstersztykiem, ale widać było, że ktoś je jednak trochę przemyślał), słabe gagi (co przecież zawsze było siłą Legend) i nieciekawe wątki, z których nie wyciskano zupełnie nic. Flagowym przykładem takiego działania był epizod o wiele obiecującym tytule „Mortal Khanbat”. Jakieś 99 procent widzów, słysząc go (czy też czytając), liczyło na przynajmniej zabawne nawiązania do wiadomej bijatyki. Nic z tego. Dostaliśmy zupełnie coś innego, co nawet nie aspirowało do tego, aby być parafrazą jednej z najlepszych gier w historii. Zamiast tego były jakieś popłuczyny z Czyngis-Chanem, których zwyczajnie nie dało się oglądać. Powiedzieć, że całość była durna, to nic nie powiedzieć. Mało staranny scenariusz, słaba realizacja i humor na siłę – to i tak delikatne określenia na to, co widzieliśmy w tym epizodzie.

Rzeczywistość ma jednak to do siebie, że całkiem zgrabnie lubi się zmieniać, stąd kolejne epizody Legend to już całkiem zgrabne historyjki, które potrafią bawić. Jasne - „Mr. Parker Cul-De-Sac” to nie był szczyt możliwości scenarzystów, którzy wcześniej pokazywali, jak dobrze potrafią bawić się konwencją. Ale... No właśnie – mimo pewnych niedoróbek całość się broniła slapstikowym humorem i powrotem Damiena Dharka zza światów. Choć wątek „tato, poznaj mojego chłopaka” był wałkowany wielokrotnie w kinie, jak i w telewizji, to wyszło to naprawdę nieźle. Cieszyła postać Dharka, który właśnie w Legendach znalazł swoje miejsce i sympatię wielu widzów czy to jako główny przeciwnik Legend, czy też nawrócony na dobrą ścieżkę czarownik. Jak wiemy, był to jego ostatni występ, a całe perypetie związane ze ślubem Raya i Nory preludium do tego, co zapowiadano jeszcze przed tym sezonem – pożegnaniem Brandona Routha i Courtney Ford z serialem. A jak się już żegnać, to korzystając z dobrodziejstw światowej literatury i kolejnej wariacji na temat Romea i Julii, przy czym miały one posłużyć za metaforę całkiem nieoczekiwanej pary Legend. Ale po kolei.

Ray i Nora chcą odejść na wieczny spoczynek, czyli uwić sobie gniazdko i dożyć spokojnej starości z dala od szalonych przygód z Legendami. Problem w tym, że trzeba to powiedzieć najlepszemu przyjacielowi, Nate'owi, co nie jest przecież takie proste. Wrzucenie tego wątku w kontekst czasów, w których tworzył Wiliam Szekspir, ubranie tego w szaty Romea i Julii sprawdziło się całkiem nieźle, choć w jednej ze scen trąciło to trochę wątkiem homoseksualnym. Oczywiście twórcy chcieli pokazać, jak ogromna więź łączyła obu bohaterów, ale zdecydowanie przerysowali tę scenę, przez co wyszła mocna karykatura. Choć to akurat w przypadku Legend jest typowym zabiegiem.

Przez te wszystkie epizody przewijał się naturalnie główny wątek, czyli konflikt Constantine'a z Astrą, która aktualnie rządzi piekłem. To też zaczęło napędzać działania całego zespołu, który rzucił się na poszukiwania Krosna Przeznaczenia – artefaktu, który może dowolnie zmienić czyjeś losy. Jest on niezbędny do tego, aby John mógł naprawić błędy z przeszłości, przywracając do życia matkę Astry, a tym samym zmieniając bieg jej życia, co powinno rozwiązać wiele problemów związanych z piekłem. Sam wątek Johna Constantina (kiedy nie jest wciągnięty w przygody Legend) był najmocniejszym punktem tego sezonu, ale można odnieść wrażenie, że powoli, acz systematycznie, twórcy chcą go sprowadzić do roli jednego z klaunów będących w Legendach. Do tej pory Constantine był przecież ogromną przeciwwagą dla reszty zespołu – miał najwięcej oleju w głowie i potrafił podejmować konkretne działania, choć nie zawsze przecież skuteczne. Oczywiście to nadal nie jest ta sama postać, co w solowym serialu – w końcu trzeba było go jakoś dopasować do konwencji Legend, niemniej na ich tle fajnie się wyróżniał i należy wierzyć, że twórcy tego w żaden sposób nie zepsują, bo przecież po co nam kolejna, bezbarwna postać w tym konglomeracie niby superbohaterów...

To, co najmocniej irytuje, to Zari i jej inna, zdecydowanie głupsza wersja, która od czasu do czasu ma przebłyski dawnej Zari. Na tę chwilę jest to zbędna postać tudzież zbędny, nic nie wnoszący wątek do całego serialu, co w przededniu epizodu skupiającego się całkowicie na jej postaci, nie jest zbyt dobrym zwiastunem. No ale Legendy czasem potrafią zaskoczyć bardzo pozytywnie, więc może będzie tak i tym razem.

Sam serial, co należy stwierdzić z przykrością, nie jest już tym samym, co jeszcze sezon wcześniej. I nie chodzi tu nawet o rotację bohaterów, a całokształt. Widać, że wystrzelano się z najlepszych pomysłów i teraz dostajemy historie wymyślane już trochę na siłę. Ewidentnie scenarzystom zabrakło pary czy też jaj, by odważniej podejść do tematu. A że to potrafią – udowadniali już wielokrotnie. Teraz najwyraźniej spoczęli na laurach, na czym stracił serial. Widzowie coraz mniej chętnie oglądają kolejne przygody Legend. Szkoda.

Legends of Tomorrow

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV