Przeczytaj w weekend

Portret kobiety w ogniu - recenzja filmu [Nowe Horyzonty 2019]

Portret kobiety w ogniu to film, który olśniewa swoim blaskiem w sposób niespotykany i przywraca wiarę w magię X Muzy. Tak pięknie o miłości w kinie w ostatnich latach nie mówił jeszcze nikt.

Ocena recenzenta:
9/10

Portret kobiety w ogniu to film, który olśniewa swoim blaskiem w sposób niespotykany i przywraca wiarę w magię X Muzy. Tak pięknie o miłości w kinie w ostatnich latach nie mówił jeszcze nikt.

Portret kobiety w ogniu na Festiwal Nowe Horyzonty przyjeżdżał w glorii canneńskiej chwały - na Lazurowym Wybrzeżu zdobył laur za najlepszy scenariusz, dorzucając jeszcze do tego Palmę Queer. Poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko; zupełnie nie spodziewałem się jednak, że kilka godzin po seansie, rozpamiętując w myślach ostatnią scenę produkcji, wciąż będę miał łzy w oczach. Ta kameralna, podszyta ogromnymi pokładami poetyckości opowieść najpierw kradnie serce, a później je subtelnie rozdziera. Reżyserka Céline Sciamma przedstawia historię niemożliwej miłości dwóch kobiet, przy czym wbrew tytułowi uczucie nie przychodzi tu w ramach gwałtownych uniesień i emocjonalnych płomieni. Żar pożądania spala się delikatnie, niemal bezobjawowo. To żadna polityka czy ekonomia miłości, tylko niezauważalne na pierwszy rzut oka gesty, wzajemne spojrzenia, przyśpieszony oddech, finezyjne ułożenie dłoni. Tak, jakby romantyczne wyobrażenia przysłaniały rzeczywistość - w końcu uczuciowa iluzja zaciera granicę między jawą a marzeniem. Dodajcie jeszcze do tego wszystkiego wizualną maestrię, wszechobecne inspiracje malarskie, nienachalne wątki emancypacyjne i wybitne aktorstwo. Świat postrzegany oczami kobiet na pewno jest inny. Poproszę o więcej, skoro w tym przypadku jest po prostu piękniejszy. 

Akcja rozgrywa się pod koniec XVIII wieku we francuskiej Bretanii. Piękna Heloise (Adèle Haenel) ma zostać wydana za mąż za mediolańskiego magnata, jednak ani myśli pozować do portretu, który przyszłemu małżonkowi da pojęcie o jej urodzie. Wyraźnie zdegustowana takim podejściem matka bohaterki (Valeria Golino) wykorzystuje fortel: zatrudnia malarkę Marianne (Noémie Merlant), by ta dotrzymała towarzystwa jej córce - w ten sposób będzie mogła stworzyć obraz z pamięci. Kobiety relatywnie szybko odnajdą nić porozumienia; obie uczą się siebie nawzajem, tak na płaszczyźnie cielesnej, jak i mentalnej. Gdzieś na najgłębszym poziomie bohaterki połączy również sytuacja życiowa. Są niespełnione, by nie powiedzieć przytłoczone swoim położeniem. Heloise musi więc realizować pragnienia matki, Marianne z kolei artystyczną pasję rozwija tylko do tego stopnia, na który pozwolą jej rozdający w tym fachu karty mężczyźni. Tuż nad brzegiem morza, w przyciemnionym świetle zamku rodzi się uczucie niemożliwe, od samego początku skazane na porażkę. Powstaje wbrew światu i jego zasadom, społecznym konwenansom, patriarchalnemu dyktatowi, rodzicielskim oczekiwaniom, na przekór rozsądkowi. Wraz z kolejnymi sekwencjami zdamy sobie jednak sprawę, że najważniejsze wcale nie jest to, co dzieje się na ekranie, a w jaki sposób zostaje przedstawione. To trochę tak, jakbyśmy oglądali ukazaną w zwolnionym tempie lekcję z uwodzenia. Fascynującą w swojej mocy sprawczej, zupełnie nieśpieszną i otuloną ujmującą zmysłowością. 

W naszkicowanym przez Sciammę świecie mężczyzn praktycznie nie ma. Nie liczcie jednak na żaden feministyczny prawy sierpowy; przyjęta przez reżyserkę optyka pozwala po prostu na pełniejszą ekspozycję tego, co bohaterkom w duszy gra. Dzięki takiemu zabiegowi, żonglując jeszcze rozmaitymi konwencjami i tonacjami, autorka stawia w swojej historii fundamentalne pytania o naturę miłości. W jaki sposób się rodzi? Co ją warunkuje? Ile w niej prawdy, a ile emocjonalnej sztuczki? Sciamma nawet przez moment nie chce być w tej materii Alfą i Omegą; bliżej jej do roli badaczki, która analizując uczucia spogląda w pierwszej kolejności na ich najdrobniejszy, intymny wymiar. Zwróćcie uwagę, jak często oko kamery zawiesza się na zastygających w przeróżnych pozach bohaterkach. To cała seria ekranowych portretów, wyraźnie inspirowanych klasycznymi obrazami malarstwa romantycznego, przy czym najważniejsze znaczenie ma to, że występują parami, jakby Heloise i Marianne a to szukały siebie wzrokiem, a to przeglądały się w zwierciadle. Wniosek tym bardziej zasadny, że doprawiony obecnym w filmie odwołaniem do Orfeusza spoglądającego w stronę Eurydyki tuż po wyjściu z Hadesu - czy właśnie w ten sposób zapamięta ją na zawsze? Emocjonalne tango pomiędzy bohaterkami zostaje więc zaklęte w zmysłowości, wybrzmiewającej całą feerią subtelnych odgłosów, która zostaje dopełniona pełną gamą barw. Jest w tej produkcji scena, w której obserwujemy pocałunek protagonistek niejako na powiększeniu; usta łączy pozostałość po ślinie, a wydawane przez nie dźwięki zostają celowo nagłośnione. To ujęcie trwa ledwie chwilę, ale staje się bodajże jedną z najpiękniejszych ekspozycji ekranowego pożądania w historii X Muzy. Nie ma się czemu dziwić, skoro Sciamma w fantastycznym finale udowodni, jak skrupulatnie podchodzi do uczuciowej wiwisekcji. Pani Artystko, czapki z głów! 

Choć reżyserce wyraźnie zależy na stworzeniu gatunkowo-konwencyjnego amalgamatu, w sposobie prowadzenia narracji i okraszaniu go aspektem wizualnym stawia ona przede wszystkim na elegancję. Celebruje ekranowy erotyzm z ogromnym pietyzmem i wyczuciem, przez co film ogląda się momentami jak swoistą wystawę szkiców. Tak w przenośni, jak i dosłownie - Sciamma poświęca w końcu kilka ujęć na pokazanie, jak Marianne poprawia kontury, zmienia odcienie, przesuwa kreskę w zarysie portretu. Ten tytułowy, przedstawiający kobietę w ogniu, nawiązuje do sceny, w której odzienie patrzącej na nią Heloise stanęło w płomieniach. Gdy połączymy go z niepokojącymi wizjami córki Hrabiny w sukni ślubnej, zaczniemy rozumieć tragiczne położenie Marianne. Czy nie wolałaby ona zapamiętać przepełnionego pasją, autentycznego wizerunku swojej kochanki, zamiast próbować wkomponować go w ramy nierzeczywistych wyobrażeń? W obu wariantach pojawi się cierpienie. W tym filmie wybrzmiewa ono najczęściej subtelnie, jednak Sciamma i na tym polu potrafi szokować. Scena aborcji jednej z drugoplanowych postaci, która rozgrywa się tuż przy płaczącym dziecku przeprowadzającej zabieg, jest przejmująca. Pozornie to tło zasadniczej osi fabularnej, lecz bez niego nie moglibyśmy Portretu kobiety w ogniu odczytywać tak wielowymiarowo. Choćby poprzez pryzmat żeńskiej wizji sztuki, ukazywania napięcia pomiędzy fizycznością a psyche, czy zaserwowanym tu z niekiedy ironiczną przewrotnością rzucaniem wyzwania patriarchalnemu i matriarchalnemu jarzmu. W takich zabiegach nie ma nic z prowokacji; koniec końców to opowieść tak o emocjonalnej wspólnocie, jak i o uczuciowym niedostatku.

Strona wizualna filmu to prawdziwe arcydzieło. Na ekranie zobaczymy tak szerokie panoramy, jak i kameralne ujęcia - wiele z nich albo ze sobą kontrastuje, albo wzajemnie się dopełnia. Zwracają uwagę wyraziste kolory, zmiany perspektyw i gra świateł; teoretycznie wiemy, gdzie i kiedy jesteśmy, jednak zabiegi operatorskie sprawiają, jakbyśmy wychodzili poza czas i przestrzeń, w stronę skądinąd nieśmiertelnego uczucia. Taki osąd wzmocni jeszcze kapitalna praca odpowiedzialnych za kostiumy i scenografów. Zadbali oni nawet w najmniejszym detalu, abyśmy poczuli się jak w XVIII-wiecznej Francji, choć momentami będziemy nabierać podejrzeń, że Sciamma chciała zaprezentować swoją opowieść jako ponadczasową, by przywołać tylko zagadkowo współczesne fryzury Heloise. Jeszcze bardziej enigmatycznie prezentuje się ścieżka dźwiękowa, złożona tylko z dwóch utworów - tajemniczej pieśni zgromadzonych nad ogniskiem kobiet i Czterech pór roku Vivaldiego. Jeden i drugi podsumowuje ekranowe wydarzenia tak kapitalnie, że muzyczny minimalizm z pewnością popłacił. Nie sposób nie wspomnieć też o koncertowej grze wcielających się w główne role Haenel i Merlant. Obie są na ekranie wybitne, przy czym nie chodzi tu wyłącznie o pomysł na swoje postacie, ale może przede wszystkim o wykorzystywanie gestów i mimiki twarzy. W ostatniej scenie produkcji Haenel daje taki popis aktorstwa, że zapamiętacie ją na długie lata - to jedna z tych magicznych chwil, w których X Muza przypomina, iż wciąż pozwala nam śnić. 

Przyjmując odpowiednią perspektywę, dojdziemy do wniosku, że Portret kobiety w ogniu to jedyne w swoim rodzaju połączenie Fortepianu autorstwa Jane Campion z Między słowami w reżyserii Sofii Coppoli. Już samo to porównanie jest doskonałą wizytówką i najlepszym dowodem na to, z jak wybornym filmem mamy tu do czynienia. Należy je w pierwszej kolejności polecić wszystkim tym, którzy w kinie szukają subtelności i poetyki. Inni także znajdą tu coś dla siebie, skoro Celine Sciamma chce przedstawić swoją historię w uniwersalnym kluczu. Reżyserka uczy nas, że miłość - podobnie jak portret - powstaje w procesie, który w gruncie rzeczy nigdy nie może się zatrzymać tudzież zakończyć. Jeśli tak się stanie, rzeczywiste uczucie okaże się doskonałą, ale wciąż symulacją. Powiesz, że umarło, jednak ono nadal żyje i niczym widmo wraca w naszych wspomnieniach. Tych nie strawi nawet ogień. 

Źródło: Zdjęcie główne: Lilies Films

Portret kobiety w ogniu

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV