Szkoła zabójców: sezon 1, odcinki 6-7 – recenzja

Szkoła zabójców powraca z nowymi odcinkami i oferuje kawał dobrej, szalonej i pozytywnie dziwacznej rozrywki. Oceniam.

Ocena recenzenta:
7/10

Szkoła zabójców powraca z nowymi odcinkami i oferuje kawał dobrej, szalonej i pozytywnie dziwacznej rozrywki. Oceniam.

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Mija miesiąc od kiedy Chico został zabity przez Marię. Romans dziewczyny z Marcusem kwitnie, co niekoniecznie podoba się Sayi. Śledztwo w sprawie zniknięcia ucznia Szkoły zabójców prowadzi członkini Gildii, Madame Gao. Jej metody działania nie podobają się wielu, jednak kobieta bez skrupułów wprowadza je w życie kosztem uczniów i nauczycieli. Ponadto ojciec Chico, szef kartelu postanawia na własną rękę odnaleźć zabójcę syna. Zleca to zadanie Marii. Chester, który odnalazł ciało chłopaka szantażuje Marcusa. Bohater w tej sytuacji szuka pomocy u nieoczekiwanego sprzymierzeńca, swojego nauczyciela i seryjnego mordercy, Skorpiona Rozpruwacza.

Muszę przyznać, że postacie nauczycieli w tym serialu są bardzo mocno przerysowane, jednak w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Doskonale to było widać w nowych odcinkach. Taka paleta barwnych postaci reprezentujących zwariowane grono pedagogiczne stanowi doskonałe tło dla wątków głównych bohaterów produkcji Syfy. Szczególnie dobrze sprawuje się tutaj Skorpion Rozpruwacz w kreacji Frencha Stewarta. Aktor wydobywa ze swojej postaci świetne połączenie groteski, mroku i czarnego humoru. Jest to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów 7. epizodu. Twórcy bawili się wątkiem współpracy seryjnego mordercy z głównymi bohaterami dzięki czemu ogląda się go z pewną lekkością. Działo się tak dzięki temu, że zbalansowano mocne sceny (jak ta, w której Skorpion zabija jednego z pomocników Chestera) z tymi lżejszymi (wizyta w lodziarni). Jest tu coś zarówno z The Silence of the Lambs jak i buddy movies. Cały wątek poszukiwań Chestera stanowi jedną wielką kanonadę czarnego humoru zakończoną wspomnianą sekwencją, w której Skorpion prezentuje swoje popisowe zagrania. Dobrze również oglądało mi się poczynania Pani De Luki. Twórcy używają mało tej postaci w produkcji, jednak gdy już postanawiają ją zaprezentować widzom to świetnie komponuje się z przerysowanym tłem opowieści. A już scena, w której krępuje Billy'ego była przepełniona dosadnym poczuciem humoru, jednak przy tym nie ubliżającym widzowi.

Natomiast postać Madame Gao podoba mi się połowicznie, ponieważ scenarzyści uderzają z nią ze skrajności w skrajność, bez odpowiedniego zbalansowania jej rysu psychologicznego. Dlatego ta postać jest albo przesadnie nastawiona na epatowanie grozą i rozstawianie wszystkich po kątach albo w pewnych momentach kładzie silny nacisk na emocjonalny charakter więzi z bratem. Tak naprawdę to twarde oblicze postaci lepiej sprawdza się w opowieści, ponieważ gdy dochodzi do wątku jej relacji z Linem, całość nie wypada już tak wiarygodnie. Do końca również niezrozumiała jest dla mnie sytuacja między Gao a Brandy. Niby uczennica ma być ekranową faworytą pedagog, jednak kompletnie scenarzyści nie raczyli zaznaczyć w jakikolwiek sposób relacji tych bohaterek. Póki co pojawiają się razem jak diabeł z pudełka i do końca nie wiadomo do jakiego celu zmierza ten ekranowy duet. Dobrze oddaje to scena, w której Gao i Brandy upokarzają Zane'a na jego lekcji. Ta sekwencja wniosła demonstrację siły obydwu postaci, jednak nic poza tym. Nie widać tutaj ani umotywowania tej relacji, ani jej spójności.

Osobowość dwubiegunowa jako wytłumaczenie emocjonalnej huśtawki Marii jest dobrym pomysłem fabularnym z potencjałem (nie wiem, jak prezentowało się to w komiksach, piszcie w komentarzach), jednak w  tym wypadku ten element sprawdził się połowicznie. Gdy ten bardzo trudny, psychologiczny temat został przez twórców wrzucony do relacji Marii i Marcusa, to nabrała ona dziwnej, niezrozumiałej treści. Tak naprawdę w ogóle nie czuć chemii między tymi postaciami na ekranie, a wplątanie do tego wszystkiego mrocznej obsesji nie pomaga w zbudowaniu tej więzi. Zdecydowanie ciekawsze emocje czuć między Marcusem a Sayą, mimo że bohaterowie trzymają dystans wobec siebie. Jednak ta aura jest cały czas gdzieś obecna w tle, co oddaje sytuacja spotkania członkini Yakuzy z Marcusem na dachu, gdzie ta ratuje go przed strzałą wypuszczoną przez... Marię. Z czasem wątek przedstawicielki kartelu zaczął się rozwijać i koniec końców jej postać przeszła ciekawą metamorfozę w 7. epizodzie. Zdecydowanie lepiej przysłużyło się poprowadzenie przez twórców tej bohaterki w morderczą, mroczną stronę. Wątek Marii i jej służby dla kartelu zapowiada się naprawdę nieźle, a David Zayas, znany choćby z Dexter może być interesującym, pobocznym czarnym charakter.

Trochę więcej spodziewałem się natomiast po postaci Chestera aka Fuckface'a. Gdy już ten antagonista dostał sporo więcej czasu ekranowego, sprawdził się w swojej roli, jednak dobre sceny, prawdziwe perełki z jego udziałem mieszają się z mniej udanymi występami. Dobrym przykładem jest tutaj doskonała sekwencja, w której Chester chcę nakręcić film w jednym z zaułków ze swoim morderczym szałem, po czym okazuje się, że w kamerze nie ma taśmy. Jednak następnie scena jego rozmowy z głową Chico trąci przesadną groteską, choć za pomysł daje plusa. Świetną sekwencją jest ta animowana, która opisuje genezę morderczej odsłony Chestera i historię Marcusa. Zresztą te animowane sekwencje wyciągnięte żywcem z komiksowego pierwowzoru serialu są naprawdę pięknym wizualnie uzupełnieniem opowieści.

Nowe odcinki Deadly Class oferują lawinę zwariowanej, ale przy tym całkiem dobrze prowadzonej narracyjnie rozrywki. Nie obywa się bez kilku błędów, jednak całość ogląda się ze sporą dozą frajdy.

Źródło: zdjęcie główne: Syfy

Szkoła zabójców

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV