Przeczytaj w weekend

Truposze nie umierają - recenzja filmu

Jim Jarmusch i zombie – na wieść o tym połączeniu nie sposób było nie pielęgnować w sobie nadziei na obraz apokalipsy malowanej wyrafinowanym stylem, subtelną aluzją i ironią. Intrygującą dekonstrukcję. Jednak w przeciwieństwie do filmowych truposzy nadzieja musiała umrzeć.

Ocena recenzenta:
5/10

Jim Jarmusch i zombie – na wieść o tym połączeniu nie sposób było nie pielęgnować w sobie nadziei na obraz apokalipsy malowanej wyrafinowanym stylem, subtelną aluzją i ironią. Intrygującą dekonstrukcję. Jednak w przeciwieństwie do filmowych truposzy nadzieja musiała umrzeć.

W prowincjonalnym do bólu amerykańskim miasteczku, zamieszkałym przez stereotypowych do bólu bohaterów, dzieją się rzeczy dziwne. Słońce nie zachodzi mimo późnej pory, domowe zwierzaki dziczeją i uciekają, niespodziewanie padają baterie w telefonach, zegarki się zatrzymują, telewizory i radia tracą sygnał. Jak szybko się okazuje – winny temu jest nie kto inny, a człowiek (nie jeden – cała ludzkość), bowiem to za sprawą jego działań przesunęła się oś Ziemi. Efektem jest seria wymienionych wcześniej anomalii, zaobserwowanych na całym świecie, zaś najbardziej osobliwą z nich jest fakt, że umarli powstają z grobów. I są głodni.

Ich głód nie kończy się jednak na żądzy krwi i mięsa żywych. Potrzebują kawy, xnaxu, wi-fi czy muzyki. Ciągnie ich do tego, czego najbardziej pragnęli za życia. W chwilach niezmąconych obecnością śmiertelników podążają za tym, do czego byli przywiązani, zanim odeszli. Bohaterowie stają więc do walki, która w tym przypadku nie jest jednak tak nierówna, jak to bywało w zombie-klasykach: tym razem część z nich (w tym pracownik stacji benzynowej, wielki fan filmów o nieumarłych) dobrze wie, co się święci – tak, to zombie, żeby je pokonać, trzeba rozwalić lub odciąć im głowę. Niestety, gdy truposzy kupa...

Trójka policjantów (znudzony i świadomy nadchodzącego ponurego końca Ronnie, zwlekający z odejściem na emeryturę Cliff, zahukana i przerażona Mindy), ekscentryczna, wywijająca samurajską kataną właścicielka domu pogrzebowego, mówiąca ze szkockim akcentem Zelda, gburowaty farmer w czapeczce „Make America White Again” – Miller, miejscowy staruszek-gawędziarz, Hank, nazywany „Frodem” lub „Bilbem” wspomniany pracownik stacji, trójka przyjezdnych hipsterów z wielkiego miasta – to wokół nich krąży nieśpieszna akcja filmu, im za to jest mniej lub bardziej wszystko jedno. Jasne, źle się dzieje, ale hej – świat widział już tyle, że ciężko wpaść w prawdziwą panikę.

Tak, Truposze nie umierają nie pędzą z akcją na łeb, na szyję – tego jednak po Jarmuschu nikt nie oczekiwał. Problem w tym, że większość spośród licznych wątków nie zmierza absolutnie donikąd – zatrzymują się w miejscu po spokojnym, nieraz mozolnym wręcz marszu.

A sam marsz również zawodzi – i nie chodzi o to, że dzieje się niewiele (Jarmusch potrafi przecież opowiedzieć naprawdę sporo bez wielkich dramatów – to w zwykłych rozmowach i banalnych sytuacjach potrafił zawrzeć całą istotę historii). Rzecz w tym, że każdy z podjętych zabiegów okazuje się rozczarowujący, jeśli nie w wykonaniu, to w wydźwięku.

Hołdy i ukłony w stronę klasyków i George'a Romero, początkowo urocze w swej dosłowności i pretensjonalności, prędko wywołują wrażenie przesytu. Żarty i mrugnięcia okiem, choć nieraz zabawne, pozbawione są puenty, powracają bez celu bądź zwyczajnie chybiają. Choć wszystko przekonuje o samoświadomości, celnej ironii nie doświadczono. Dekonstrukcja zawodzi, bo nie zaskakuje. Cytaty i odwołania szybko mdlą, ciężko stwierdzić, czy ze względu na ich mnogość, czy zwykły brak subtelności (tak, Truposze to, delikatnie pisząc, najmniej subtelny film Jarmuscha – wspomnijmy tylko o imperialnym krążowniku z Gwiezdnych wojen, który pod postacią breloka doczepionego do kluczy nosi Adam Driver). Ponad to zombie okazują się – znowu! – wyświechtaną i płytką metaforą konsumpcjonizmu, a proekologiczny przekaz, podkreślony pełnym truizmów monologiem zamykającym film, bije swą oczywistością i dosłownością po łbie.

Nowe dzieło Jarmuscha to zbitka elementów, które nie tworzą zgrabnej konstrukcji. Poszczególne mikroskładniki filmu nieraz stanowią pewną wartość - osobno, i być może w takiej formie najlepiej sprawiłyby się niektóre sceny, a to za sprawą znakomitego aktorstwa i paru orzeźwiających powiewów surrealistycznego, czarnego humoru. Ostatecznie Truposze nie umierają to jednak mdłe, oczywiste, wyprane z subtelności kino, a wszystko, co u Jarmuscha ceni się najbardziej, tu okazuje się banalne, pozbawione wyrazu lub przytłaczające w nadmiarze.

Truposze nie umierają

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV