Radek Rak: Nie ośmieliłbym się głosić wielkich haseł [WYWIAD]

Radek Rak, pod pretekstem rozmowy o swojej najnowszej powieści pt. Baśń o wężowym sercu, opowiada o swojej twórczości fascynacji Galicją.

Radek Rak, pod pretekstem rozmowy o swojej najnowszej powieści pt. Baśń o wężowym sercu, opowiada o swojej twórczości fascynacji Galicją.

Radek Rak, z wykształcenia weterynarz, z pasji pisarz. Znany jest z projektu Legendy polskie. Allegro realizowanego przez Powergraph i Allegro. Za drugą powieść, Puste niebo (2016), otrzymał Złote Wyróżnienie Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego oraz nominację do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Afirmuje życie, ukochaną żonę i góry.

Pretekstem do rozmowy z Radkiem Rakiem jest premiera jego trzeciej powieści pt. Baśń o wężowym sercu

Gabriela Nina Piasecka i Tymoteusz Wronka: W swojej twórczości poruszasz wiele tematów, ale mam nieodparte wrażenie – nie wiem, czy się z tym zgodzisz – że nad wielkie hasła i trendy stawiasz los człowieka, jako bardziej interesujący i pełniejszy.

Radek Rak: Nie ośmieliłbym się głosić wielkich haseł. Może dlatego, że w żadne z nich nie wierzę i wszystkie uważam za mniej lub więcej kłamliwe. Nie byłoby w porządku, gdybym przykładał do tego rękę. Pisząc, patrzę więc przede wszystkim do środka, bo najbardziej obchodzi mnie wewnętrzna droga człowieka. To jest też płaszczyzna, na której najłatwiej dogadać się z drugim człowiekiem, pod warunkiem, że ktoś zrobi pierwszy krok i otworzy się. Pisanie to takie otwieranie się, pokazywanie tego, co może być wspólne dla ciebie i dla mnie.

W swej pierwszej powieści, Kocham Cię, Lilith wykorzystałeś konwencję, nazwijmy ją, fantastyczno-erotyczną. Czy nie był to nazbyt odważny ruch jak na debiutanta? Długo szukałeś wydawcy?

Nie zastanawiałem się nad tym. Napisałem szczerze i tak, jak wówczas myślałem i czułem. Mnie również była ta książka potrzebna, żeby lepiej zrozumieć pewne sprawy w swoim życiu. Chyba szczerość w pisaniu jest przypadłością, z której nigdy się nie wyleczę. To nie tak, że piszę o sobie, ale moje pisanie obraca się zawsze wokół spraw ważnych przede wszystkim dla mnie samego. Nie cenzuruję samego siebie, nie piszę pod określoną ideę. Dzięki temu udało mi się parokrotnie dowiedzieć, że tak naprawdę wcale nie myślę tego, co myślałem, że myślę.

 Natomiast wydawca znalazł się sam — miałem na koncie kilka opowiadań i pewnego dnia napisała do mnie Agata Pieniążek ze Świata Książki, czy nie miałbym dla nich jakiejś powieści. Nie miałem, ale napisałem dużą część w ciągu kilku miesięcy. W międzyczasie pani Agata przeszła do Prószyńskiego i tam też ukazało się Kocham cię, Lilith po jakichś dwóch latach.

W następnej książce, Pustym niebie, zdajesz się nieco wchodzić w buty Bruno Schulza i w oniryczny sposób przekształcasz lubelską rzeczywistość. Świadomie inspirowałeś się formą Sklepów cynamonowych?

Schulz jest dla mnie jednym z twórców formacyjnych i jego proza zawsze będzie we mnie pracować. Ale myślę, że to Kocham cię, Lilith było bardziej schulzowskie z ducha. W Pustym niebie Schulz pojawia się osobiście, jest mnóstwo nawiązań i analogii, ale raczej na zasadzie mrugnięcia okiem. Puste niebo było książką, którą chciałem się od Schulza uwolnić, trochę tak, jak wiele lat wcześniej uwolniłem się od Tolkiena. Żaden mój tekst, który ukazał się drukiem, nie był tolkienowski w powierzchownym rozumieniu — nie było tam żadnych elfów ani czarodziejskich pierścieni. Wszystkie jednak w bardzo tolkienowski sposób traktowały mit i baśń. Zmienia się sceneria, pozostaje duch.

Przejdźmy do twojej najnowszej powieści, Baśni o wężowym sercu. Skąd pomysł opisania życia Jakuba Szeli? Nie jest to postać, która na pierwsza przychodzi na myśl w tym kontekście.

Po raz pierwszy zacząłem pisać powieść o Jakubie Szeli kilkanaście lat temu, ale porzuciłem pomysł po kilkudziesięciu stronach, bo uświadomiłem sobie, jak mała jest moja wiedza w wielu kwestiach. Miała to być wersja „białej” legendy, w której Szela jest kimś w rodzaju chłopskiego Robin Hooda. Im więcej jednak wiedziałem, tym bardziej rzecz stawała się złożona i nabierałem świadomości, że nie można ukazać rabacji jako szlachetnego zrywu chłopów przeciw złym panom, że nie da się wpisać Szeli w archetyp szlachetnego zbójcy, bo to zwyczajnie nieprawdziwe. Z drugiej strony na temat samego Szeli wiemy tak niewiele, że „szkolna” wiedza również jest legendarna i pochodzi ze źródeł więcej niż niepewnych. Nie chciałem więc balansować między legendą „białą” a „czarną”, tylko stworzyć własną, ukazując przy okazji wiernie relacje pomiędzy dworem a wsią w pierwszej połowie XIX stulecia. Nie byłbym oczywiście sobą, gdybym nie powrzucał nawiązań i analogii, bo bohaterowie nie tylko jeżdżą koleją, której wówczas w Galicji nie było, ale cytują Mickiewicza, Lovecrafta czy Tomasza Manna, których rzecz jasna znać nie mogli. To są jednak tylko dekoracje. Sam wewnętrzny rdzeń historyczny — stosunki społeczne, obowiązujące prawa i zwyczaje — ukazałem najwierniej, jak potrafiłem.

To kolejna powieść, której akcja toczy się na terenach dawnej Galicji czy też obecnej polski południowo-wschodniej. Co sprawia, że akurat ten zakątek naszego kraju cię fascynuje?

Tam się urodziłem, wychowałem i do tej pory mieszkam. Wydaje mi się naturalne pisać o czymś, co znam i co kocham, bo jest moje.

Czy elementy fantastyczne w powieści mają korzenie w podaniach ludowych z terenów dawnej Galicji?

Oczywiście tak, na przykład opowieści o czarnoksiężniku Mruku z okolic Jasła i niektóre opowieści o samym Jakubie Szeli. Baśń… nie jest rozprawą etnograficzną, ale jeśli wymyślałem zawarte w książce opowieści, to trzymałem się ducha wiejskiej gawędy. Moja wersja opowieści o Mruku czy o Złym Człowieku jest w przynajmniej w połowie wymyślona, ale tu przecież nie ma kanonu.

Radek Rak - zdjęciefot. M.Starzynski

Baśń o wężowym sercu jest fantastyką, jednak warstwa historyczna wygląda na starannie przygotowaną. Czy research był wymagający i czy napotkałeś historię tak niezwykłą, że trudno było w nią uwierzyć?

Nie wyobrażam sobie pisać o czymś, co mnie nie interesuje i nie zajmuje. A skoro coś mnie interesuje, to sam szukam wiadomości i z biegiem czasu w głowie tworzą się pokłady informacji, taki humus, do którego mogę sięgać. Ten etap nieświadomego tworzenia opowieści, trwał wiele lat i sam w sobie był fascynującą przygodę. Źródeł, z których korzystałem, było zatrzęsienie i nie wszystkie potrafię wymienić — od opracowań historycznych, jak prace Tomasza Szuberta i Arkadiusza Więcha, przez teksty z epoki (wspaniałe pamiętniki Franciszka Ksawerego Preka, prace Adama Bogusza, pamiętniki Słomki), po wspaniałą beletrystykę, jak Galicyanie Stanisława Aleksandra Nowaka czy imaginacyjną podróż c.k. koleją Martina Pollacka (Po Galicji). Do pisania usiadłem dopiero w momencie, gdy miałem już coś do powiedzenia i byłem swojej wiedzy pewny.

Najbardziej chyba uderzyła mnie historia Antoniego Bryka, chłopa spod Dubiecka, z majątku hrabiego Kazimierza Krasickiego. Bryk uciekł przed pańszczyzną do wojska, trafił do Wiednia, gdzie z wyróżnieniem ukończył studia medyczne, a następnie został profesorem chirurgii w Krakowie. Wyobraź sobie, że przez całe swoje życie hrabia Krasicki pisał do cesarza, by oddano mu tego Bryka, bo to przecież jego chłop, jego własność, i on ma dla niego przygotowaną zagrodę, taką porządną, z dwiema izbami; niechby sobie nawet Bryk leczył ludzi, skoro lubi, ale niech cesarz będzie poważnym człowiekiem i odda hrabiemu tego Bryka. Kazimierz Krasicki myślał, że mianowanie Bryka na profesora było celowym działaniem mającym na celu upokorzenie jego, polskiego hrabiego. Tak ogromna megalomania szlachcica, tak przerażająca ciasnota horyzontów myślowych wydaje się nam dzisiaj niemal groteskowa. A przecież to nie było tak dawno temu. Ta historia znalazła się na marginesie Baśni o wężowym sercu, podobnie jak wiele innych, podobnych zresztą.

Najbardziej nieprawdopodobne w tym wszystkim wydawało mi się, że moi przodkowie, galicyjscy chłopi, byli rzeczami. Inwentarzem.

Jak podchodzisz do konstruowania powieści, łączenia opisów stricte historycznych z baśniami i elementami fantasy?

Lubię mieszać. W powieści Szela trafia na przykład do Lwowa, ale ten Lwów to mityczne miasto Wschodu. Uwielbiam, gdy opowieść pulsuje, tętni życiem i zaskakuje. Ale też i mit, i historia muszą równoważyć się wzajemnie, aby opowieść z jednej strony nie zmieniła się w przechadzkę po galerii osobliwości, a z drugiej — by wątki historyczne nie sprowadziły mitu do ozdobnika, bez którego spokojnie można by się obyć.

Jakie wyglądają twoje plany na kolejne powieści? 

Jest ich stanowczo zbyt dużo. Bardzo chciałbym napisać powieść o Żydach z mojego rodzinnego miasta, Dębicy. Ale jeszcze muszę wiele dowiedzieć się na ten temat, by to wybrzmiało prawdziwie. Na razie piszę więc inne rzeczy. Chyba lżejsze.

Źródło: fot. M.Starzyński

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV