Damnation: sezon 1, odcinek 4 i 5 – recenzja

Serial zwalnia tempo i nieszczególnie na tym zyskuje. Tym razem epizody nieco się dłużyły i pozostawiły po sobie to irytujące wrażenie, że tak naprawdę wcale nie ruszyliśmy do przodu.

Ocena recenzenta:
6/10

Serial zwalnia tempo i nieszczególnie na tym zyskuje. Tym razem epizody nieco się dłużyły i pozostawiły po sobie to irytujące wrażenie, że tak naprawdę wcale nie ruszyliśmy do przodu.

Michalina Reda

Michalina Reda

Tagi:  Damnation 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Po ostatnich bardzo dobrych odcinkach serialu miałam duże oczekiwania względem produkcji. Być może to właśnie z tej przyczyny monotonia bieżących epizodów razi mnie wyjątkowo mocno. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zarówno odcinek 4 jak i 5 są dziwnie nijakie, płaskie, bez żadnej głębi. Nie ma wartkiej bieżącej akcji, czy porządnej konfrontacji z bronią, a twórcy z umiłowaniem skupiają się na wątkach pobocznych, które tak naprawdę wcale nie angażują.

Nie można oczywiście stwierdzić, że nie ma absolutnie żadnego postępu od zeszłego tygodnia. Przeciwnie – dowiedzieliśmy się znacznie więcej o przeszłości braci, co tylko podbudowało wizerunek Creeleya i Setha o dodatkowe cechy. Wiadomo już, że pierwszy był za dziecka bity i gnębiony przez ojca, a drugi niejednokrotnie zbierał baty gdy stawał w jego obronie. Retrospekcje dobrze korespondują z tym, co dzieje się w fabule bieżącej – kolejne konfrontacje braci jeszcze bardziej uwypuklają fakt, że Creeleyowi wcale nie chodzi o uśmiercenie kaznodziei. Mamy tu raczej do czynienia ze specyficzną braterską miłością – jestem przekonana, że gangster w kowbojskim kapeluszu prędzej sprzeciwi się swoim pracodawcom niż pozwoli tknąć swojego brata. Wyjaśnienie jego trudnej przeszłości z prostytuującą się matką jednocześnie argumentuje też przysawiązanie mężczyzny do Bessie – Creeley prawdopodobnie czuje w niej matczyne dobro, którego albo zaznał albo właśnie mu zabrakło. Jeszcze nie wszystko o nim wiemy i trudno stwierdzić, dlaczego się samookalecza, ale przynajmniej w całej układance przybył tym sposobem jeden puzel.

Damnation
fot. materiały prasowe

W tym miejscu jednak cała produkcja zaczyna się jakoś rozmywać. Początkowo spodziewałam się, że będziemy tu mieli do czynienia z walką dobra ze złem, typowym starciem dwóch światów, uosabianych przez silne, charyzmatyczne jednostki. Postrzegałam Creeleya jako świetnie zarysowanego antagonistę z charakterem, jednak im dalej brniemy w fabułę, tym bardziej traci on na wyrazistości. Kaznodzieja natomiast z biegiem czasu odsłania swoją naturę rozbójnika, co również kłóci się z jego pierwszym wizerunkiem. Być może to właśnie było celem twórców – by w pewnym sensie odwrócić role o 180 stopni. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby tylko było to rozplanowane z większą konsekwencją. W tym scenariuszu Creeley bez powodu robi się miękki, a duchownego wystarczy przekupić wódką, by przywiązał człowieka do maski samochodu i urządzał sobie przejażdżki po wsi, rechocząc ze śmiechu. Mało to przekonujące.

Z kolejnymi odcinkami utwierdzam się natomiast, że prawdziwe zło uosabia tutaj Connie. Czekam z niecierpliwością aż pojawi się w mieście, bo prawdopodobnie dopiero to wprowadzi w serialu odpowiednią dynamikę – im częściej Creeley i Seth się spotykają, tym mniejsze emocje budzą ich rozmowy. Potrzeba tu kogoś z zewnątrz, kogo przybycia nikt się nie spodziewa – tajemnicza morderczyni spełnia wszystkie wyznaczniki idealnego złoczyńcy. I choć prawdopodobnie całość zakończy się tym, iż bracia staną ramię w ramię przeciwko wspólnemu wrogowi, na razie mnie to nie zniechęca – owszem, brzmi sztampowo, ale i tak chętnie zobaczę co się wydarzy w miasteczku po przybyciu Connie. Żałuję, że twórcy poświęcają jej tak mało czasu – raz pojawia się na ekranie siekając wszystkich w pień, zaś potem przez długi czas nie ma o niej choćby wzmianki, jak to było w odcinku numer 5. Nie wiadomo, czy jest daleko, czy blisko, jak wyglądają jej kolejne kroki... Zamiast tego tracimy czas na księgowego, czy dawnego znajomego Setha, którzy nie wzbogacają bieżącej akcji o żadną wyrazistą iskrę. Szkoda, bo to trochę czas stracony.

Damnation trochę za wolno się rozkręca. O ile nie raziło to w pierwszych odcinkach, na półmetku sezonu oczekiwałabym jednak czegoś więcej. Zapowiadany bunt rozszedł się po kościach, w związku z czym trudno ocenić, na czym tak naprawdę opiera się bieżąca akcja – same rozmowy między bohaterami nieszczególnie sprzyjają jej tempu i żałuję, że zapomniano o planowanej konfrontacji - czekanie na nią zaczyna się już odrobinę dłużyć. Mam nadzieję, że dalej będzie lepiej. Tym razem 6.5.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

The Emperor of Ice Cream

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV