Euforia: sezon 1, odcinek 4 i 5 - recenzja

Shook One Pt. II i ’03 Bonnie and Clyde to odcinki, które sprawiają, że chwilowe zwątpienie w Euforię i jej krystalizujący się komentarz na temat defektów pokolenia zniknęło – a przynajmniej znacząco się zmniejszyło.

Ocena recenzenta:
8/10

Shook One Pt. II i ’03 Bonnie and Clyde to odcinki, które sprawiają, że chwilowe zwątpienie w Euforię i jej krystalizujący się komentarz na temat defektów pokolenia zniknęło – a przynajmniej znacząco się zmniejszyło.

W kolejnych epizodach Euforia udowadnia, że jest tym, czym wydawała się być z początku, czym obiecywała się stać, a co od 2. odcinka wydawało się mydleniem oczu. Nie, to nie teen drama, to prawdziwy dramat młodych (i nie tylko) ludzi, zagubionych w świecie i zagubionych w sobie. Duet odcinków 4 i 5 okazuje się duetem najmocniejszym: solidnie zarysowuje bohaterów, odsłania ich lęki, słabości i wrażliwości, uwiarygodniając dotychczas – jak mogłoby się wydawać – zaniedbywanych pod kątem rozwoju i zobrazowania charakterów czy motywacji postaci. I choć dobrze, bo angażująco i emocjonalnie, wypada to w wypadku Jules, dużo w nim łopatologii. Scenarzystom udała się jednak sztuka fascynującego pogłębienia relacji Maddy i Nate'a, która – zwłaszcza dzięki odcinkowi 5. – nie tylko w bardzo subtelny sposób daje nam większe pojęcie o tym pełnokrwistym związku, ale też za pomocą kilku prostych, a efektownych zabiegów pozwala nam dowiedzieć się o tych bohaterach – w końcu! – tyle, by wywołać w nas zainteresowanie ich losami. Pomaga też zrozumieć, jakie charaktery, wydarzenia i emocje stoją za tym, kim wydają się być. 

Wszystkie otaczające Maddy, Nate'a i ich rodziny patologie w końcu przestają być puste – mają swoje korzenie, są w pełni ludzkie, żywe i wcale nieoczywiste. Euforia powoli odsłania przed widzami kolejne warstwy brudu i błota, w którym bohaterowie grzęzną po kolana – nagle niektóre zachowania stają się oczywiste lub przynajmniej zrozumiałe. Brawo.

Jacob Elrodi i Alexa Demie zabłysnęli aktorsko, niespodziewanie przysłaniając bezkonkurencyjną do tej pory Zendayę. Zwłaszcza Elrodi popisał się niezwykle zniuansowaną, w obliczu diametralnie różnych charakterów scen z jego udziałem, grą. Można zresztą odnieść wrażenie, jakby z każdym kolejnym odcinkiem młodzi aktorzy otrzymywali coraz więcej aktorskiej swobody - jeśli tak było w istocie, czekam ze zniecierpliwieniem, aż reżyserzy całkiem spuszczą ich ze smyczy.

Problemy uzależnień od narkotyków ustępują teraz skomplikowanym relacjom międzyludzkim – wkroczyliśmy do miasteczka, w którym na nikogo nie czyha żądny krwi morderca, bo największym zagrożeniem dla bohaterów są oni sami. Festiwal słabości, żądz, kulawych marzeń, które przeplatają się ze sobą w tragikomiczny sposób, zostawia po sobie wrażenie obcowania z czymś dużo bardziej ludzkim, niż może sugerować ta niezwykle atrakcyjna estetycznie forma (cała audiowizualna oprawa i operatorka scen w wesołym miasteczku - toż to arcydzieło!). W końcu możemy dostrzec zamierzony kontrast, bo to nie Plotkara czy Riverdale - to paskudne, pełne cierpień życie poszkodowanych ludzi, barwne i atrakcyjne na pierwszy rzut oka, głębiej jednak obrzydliwe i bolesne. Euforia komentuje i porusza, zapowiadając kolejne, intensywne doświadczenia. Czekam z niecierpliwością i niepokojem.

Euforia

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV