Lista śmierci: Mroczny wilk - odcinek 1-3 - recenzja
Lista śmierci: Mroczny wilk to prequel jednego z hitów Amazona. Tym razem śledzimy historię Bena Edwardsa. Akcji jest dużo, scenariusz daje radę, ale bawiłbym się na tym serialu o wiele lepiej, gdybym nie znał finalnych rozwiązań z oryginalnej historii.

Trzeba zacząć od tego, że jeśli nie oglądaliście serialu Lista śmierci, to chyba lepiej nie nadrabiać go przed Mrocznym wilkiem, bo to może popsuć radość z seansu. Nie podobał mi się końcowy plot twist produkcji z Chrisem Prattem i miałem spore obawy przed sięgnięciem po prequel. Wydawało mi się, że tego nie da się pogodzić. Na szczęście Mroczny wilk broni się pomysłem na siebie i genialną akcją, od której trudno oderwać wzrok. A jeśli jesteście po seansie oryginalnej Listy śmierci, zapomnijcie o tym, co wydarzyło się w finale, i skupcie się na tej pobocznej, jakże angażującej historii. Naprawdę warto. W trzech pierwszych odcinkach udało się przebić poziom pierwowzoru i przenieść widza w realia pełnoskalowej wojny w okolicach Zatoki Perskiej, a później gry wywiadów już w samym sercu Europy.
Pierwszy odcinek to kino wojenne, którego nie powstydzono by się w wielkim hollywoodzkim blockbusterze. Mamy tu wszystko: napięcie, tempo, doskonale oddany klimat zrujnowanego Iraku, świetnie przedstawioną amerykańską bazę wojskową. Żołnierze poruszają się z niezwykłą ostrożnością, a w powietrzu czuć nieunikniony konflikt. Najpierw mamy genialną sekwencję na moście. W każdej chwili możemy spodziewać się eskalacji. Mistrzowska gra ciszy i muzyki sprawia, że widz czuje poddenerwowanie. Cały pierwszy epizod to jedna wielka wojna – przedstawienie sytuacji, w jakiej znaleźli się żołnierze, subtelne pokazanie wpływów poszczególnych graczy oraz nakreślenie charakterystyki wroga. To godzina dynamicznej akcji praktycznie bez chwili wytchnienia. A na dodatek mamy mocne wymiany zdań, klimatyczne dialogi i charyzmatycznych uczestników zdarzeń.
Obok Bena Edwardsa granego przez Taylora Kitscha (Świt Ameryki, John Carter) na pierwszym planie bryluje Tom Hopper (Black Sails) jako Raife Hastings. Między aktorami czuć chemię – tworzą zgrany, uzupełniający się duet. Oprócz nich warto wyróżnić jeszcze Dara Salima (The Covenant), który polubił klimat bliskowschodniej walki i znów wcielił się w lokalnego żołnierza, pomagającego Amerykanom w ich próbie zaprowadzenia porządków w regionie. W tej roli wypada przekonująco, wzbudza zaufanie i pokazuje dobre wyszkolenie oraz profesjonalizm. W niczym nie ustępuje doświadczonym komandosom z jednostki SEAL's.
Na wyróżnienie zasługuje warstwa muzyczna. Mocne brzmienie od AC/DC towarzyszy widzowi podczas inspekcji bazy, a na wąskich, niebezpiecznych uliczkach Mosulu cały czas przygrywa delikatny, podbijający napięcie motyw. W kolejnych epizodach to się nie zmienia. Mamy chociażby legendarny utwór Metalliki zamykający odcinek drugi. Ludzie odpowiedzialni za muzykę wiedzieli, co robią. Zarówno podkład pod sceny akcji, jak i utwory wykorzystywane w chwilach większego spokoju to doskonała robota, wynosząca serial na jeszcze wyższy poziom.
W epizodzie drugim tempo odrobinę spada. Nie oznacza to jednak, że ogląda się to gorzej – po prostu akcenty zaczynają rozkładać się troszkę inaczej. Od zlokalizowanej na Bliskim Wschodzie wojny przenosimy się do Europy. Uwielbiam, kiedy akcja dzieje się na naszym różnorodnym, skomplikowanym kontynencie, pełnym zabytków i niesamowitej architektury. Główni bohaterowie z komandosów przeradzają się w tajnych agentów. Scenariusz staje się jeszcze bardziej drobiazgowy i wyszukany. Poszczególni członkowie ekipy wnoszą jakość i koloryt do świata przedstawionego. Jest odrobinę zbyt pompatycznie, kilka tekstów o wypaleniu zawodowym i zmęczeniu wojną wydaje się wrzuconych na siłę, nie ma w tym większej mocy i szczerości. Za to historia Bena Edwardsa staje się na tyle ciekawa, że na chwilę zapomniałem o oryginalnej Liście śmierci. Przestało mi to przeszkadzać, ale naprawdę wolałbym, żeby ten serial powstał jako pierwszy i nie pozostawiał ogromnego niesmaku.
W trzecim odcinku mamy dobrze zaplanowaną, zniuansowaną akcję. Ekipa szpiegów odrobinę się rozrasta. Dołącza do niej między innymi agent grany przez Luke'a Hemswotha (najstarszego brata Liama i Chrisa). Wszystko, co dzieje się na ekranie, jest złożone, ale przemyślane. Podziwiamy europejską stolicę z jej zabytkami i charakterystycznymi miejscami. Odkrywamy kolejne części planu złoczyńców. Swoją drogą: to, jak dobrze rozrysowano sytuację od strony politycznej fikcji, zasługuje na najwyższe uznanie. Na początku sezonu otrzymaliśmy informację, że wszystko, co dzieje się na ekranie, jest zmyślone. To, że musiała powstać taka adnotacja, wskazuje na spory realizm.
W epizodzie trzecim mamy odrobinę spokojniejszych chwil. Kilka rozmów o żołnierskim życiu, służbie i poczuciu honoru. O stracie, zemście, moralności i trudnych decyzjach, które trzeba podejmować na wojnie. Słuchając tego, nie ma się poczucia zażenowania ani znudzenia. Nie ma się ochoty sięgnięcia po telefon w oczekiwaniu na momenty żywszej akcji. Akcji – dodajmy – która nadchodzi w drugiej połowie odcinka. Kolejna wspaniała sekwencja pokazująca, jak można stworzyć powolny, ale pełen napięcia pościg, jak poprowadzić akcję, by mimo braku wystrzałów skupić uwagę odbiorcy i zaprezentować jedno z lepszych szpiegowskich widowisk. To Mission Impossible w formie serialu.
Przed rozpoczęciem seansu spodziewałem się czegoś mało strawnego – czegoś, co będzie się źle oglądało, czegoś męczącego. I to mimo tego, że Lista śmierci naprawdę mi się podobała. Po prostu nie wierzyłem, że z tego materiału da się uszyć jakiś poboczny, angażujący wątek. Totalnie się myliłem. Jeśli reszta sezonu utrzyma poziom, to możemy mieć do czynienia z sytuacją, w której prequel przebije oryginał. Na razie przed Mrocznym wilkiem daleka droga, ale trzy pierwsze odcinki dają nadzieję na spektakularny serial o grupie superszpiegów walczących z globalnym zagrożeniem.
Jeszcze raz powtarzam, że lepiej włączyć ten prequel przed produkcją z Chrisem Prattem. Co prawda dzieła bardzo się od siebie różnią – skupiają się na zupełnie innych problemach i praktycznie się nie przecinają – ale ostateczne rozstrzygnięcia mogą poważnie popsuć odbiór Mrocznego wilka. Gdybym nie znał oryginału, w wielu miejscach bawiłbym się o wiele lepiej. Jednak mimo to ból rozczarowania był o wiele mniejszy, niż z początku zakładałem.
Poznaj recenzenta
Jakub Jabłoński


naEKRANIE Poleca
ReklamaKalendarz premier seriali
Zobacz wszystkie premieryDzisiaj urodziny obchodzą
ur. 1971, kończy 54 lat
ur. 1959, kończy 66 lat
ur. 1981, kończy 44 lat
ur. 1990, kończy 35 lat
ur. 1986, kończy 39 lat

