Miasto na wzgórzu: sezon 1, odcinek 1-3 - recenzja

Boston na początku lat 90. XX wieku nie był najlepszym miejscem dla policjantów, co najlepiej pokazuje nowy serial Showtime pod tytułem Miasto na wzgórzu. Jak wypada? Przeczytajcie naszą recenzję.

Ocena recenzenta:
7/10

Boston na początku lat 90. XX wieku nie był najlepszym miejscem dla policjantów, co najlepiej pokazuje nowy serial Showtime pod tytułem Miasto na wzgórzu. Jak wypada? Przeczytajcie naszą recenzję.

Jeśli chcesz zrealizować serial o szemranych układach pomiędzy policjantami a przestępcami, który trzyma w napięciu w każdym odcinku, to zatrudniasz takiego reżysera jak Michael Cuesta. Pracował on przy takich tytułach jak Dexter, Zaprzysiężeni, Billions, Elementary czy Homeland. Wyreżyserował także nie najgorszy film American Assassin. Nic więc dziwnego, że to jemu akurat producenci Miasta na wzgórzu, tj. Matt Damon, Ben Affleck i Kevin Bacon powierzyli realizację serialu mającego klimatem przypominać Prawo ulicy. Zresztą sam autor scenariusza, Chuck MacLean, nie ukrywa, że pisząc tę opowieść, inspirował się hitem HBO. Do poziomu Davida Simona sporo mu jeszcze jednak brakuje. W nowej produkcji Showtime też mamy zestawienie polityki, religii, prawa i przestępczości, które zderzają się w bardziej lub mniej oczywistych okolicznościach.

Boston w latach 90. to nie najlepsze miejsce, by rozpoczynać pracę w policji. Mieszkańcy patrzą na funkcjonariuszy jak na przekupnych kumpli przestępców, którzy za odpowiednią kwotę przymkną oko na wszystko. Młody zastępca prokuratora generalnego, Decourcy Ward (Aldis Hodge), próbuje to zmienić, oczyszczając szeregi policji ze skorumpowanych jednostek i przywracając tej profesji dawny blask. Niestety, stoi na straconej pozycji. W rasistowskim Bostonie, będąc czarnoskórym mężczyzną, jest osamotniony w próbie zmiany wizerunku policji. Nikt nie bierze go na poważnie, nawet czarnoskóry pastor lokalnego kościoła. Mało tego, bardzo często, by osiągnąć cel, będzie musiał łamać własne zasady. Oczywiście wszystko w szczytnym celu. W wyniku podjętych decyzji musi połączyć siły z Jackiem Rohrem (Kevin Bacon) szanowanym agentem FBI, który ma swoje za uszami. Wszyscy darzą go szacunkiem za to, że należał do legendarnej grupy funkcjonariuszy, którzy rozprawili się z mafią terroryzującą Boston. Niestety, Rohr zamiast wykorzystywać swoje układy do pracy, bardziej prześlizguje się ze sprawy do sprawy, byle się tylko nie przepracować. Cały czas czerpie profity ze swojej dawnej sławy, biorąc od lokalnych rzezimieszków „dowody wdzięczności” za to, że ich ochrania. Zdradza swoją żonę z pewną Azjatką, nie stroni także od alkoholu i narkotyków. Jest idealnym przykładem policjanta, z których Ward chce oczyścić miasto. Ma jednak coś, czego młodemu zastępcy prokuratora brakuje, brak jakichkolwiek skrupułów.

Chuck MacLean, podobnie jak David Simon, był kiedyś dziennikarzem śledczym i widać to w sposobie, w jaki prowadzi historię. Robi to, jakby pisał reportaż. Dialogi przez niego napisane dodają postaciom głębi. Świetnie ogląda się interakcję pomiędzy Baconem a Hodgem. Scenarzysta znakomicie pokazuje przenikanie się szemranych biznesów z prawem. Wszyscy chcą wprowadzić balans w mieście, które teraz jest istnym Eldorado. Ktoś w biały dzień napada na konwoje z gotówką, zabijając przy tym konwojentów. Na takie rzeczy nawet skorumpowani policjanci nie mogą pozwolić. Fabuła została podzielona na trzy wątki. Widzowie obserwują losy Rohra, Warda oraz Frankiego Ryana (Jonathan Tucker) – przestępcy, starającego się w szybki sposób wykorzystać to, że chwilowo w mieście panuje bezkrólewie.

Boston w wizji Michaela Cuesty jest mrocznym, nieprzyjaznym miejscem. Widać, że reżyser znakomicie czuje się w tym klimacie. Dzięki odpowiedniemu wyczuciu kadry nie toną w mroku, choć wygląda to tak, jakby w mieście nigdy nie świeciło słońce. Króluje szarość oddająca beznadzieję i brak szans mieszkańców na legalne szczęśliwe życie. Do tego reżyser kupił mnie doborem ścieżki dźwiękowej, gdy pod koniec pierwszego odcinka w finałowej scenie usłyszałem More than a feeling zespołu Boston.

Historia została rozpisana na 10 odcinków. Po obejrzeniu pierwszych trzech jestem zaintrygowany, jak MacLean chce to wszystko rozwiązać i czym jego tekst tak zainteresował Damona i Afflecka, że postanowili wesprzeć go finansowo. Na razie akcja wolno się rozkręca, ale trzyma w napięciu. Duża w tym zasługa Kevina Bacona, który idealnie się sprawdza w rolach czarnych charakterów, mających w sobie tyle charyzmy, że widzowie kibicują, by jak najdłużej pozostali na wolności. Po tych trzech odcinkach darzę go podobną sympatią co Vica Mackeya ze Świata glin. Uwagę moją przykuł również Kevin Chapman, który trochę powtarza swoją rolę z serialu Impersonalni, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Ten twardy gliniarz, który ma gdzieś zasady i którego interesuje tylko dobro bezbronnych obywateli, a nie prawa, jakie przysługują przestępcom, idealnie pasuje do tego bostońskiego mroku.

Miasto na wzgórzu ma potencjał, by być dobrym policyjnym kryminałem, jeśli tylko rozwiązanie tej historii i motywacje bohaterów będą do końca tak ciekawie prowadzone.

Miasto na wzgórzu

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV