Preacher: sezon 4, odcinek 10 - recenzja (finał serialu)

Choć Preacher to jeden z najbardziej szalonych i dziwnych seriali ostatnich lat, to udało mu się zakończyć historię w naprawdę satysfakcjonujący sposób. Ostatni odcinek był godny finału. Bez pośpiechu domknięto wszystkie wątki, nie zapominając o inspiracjach komiksem. Ten serial dostarczył niepowtarzalnej rozrywki, za którą jeszcze zatęsknimy.

Ocena recenzenta:
8/10

Choć Preacher to jeden z najbardziej szalonych i dziwnych seriali ostatnich lat, to udało mu się zakończyć historię w naprawdę satysfakcjonujący sposób. Ostatni odcinek był godny finału. Bez pośpiechu domknięto wszystkie wątki, nie zapominając o inspiracjach komiksem. Ten serial dostarczył niepowtarzalnej rozrywki, za którą jeszcze zatęsknimy.

Magda Muszyńska

Magda Muszyńska

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Jak na finałowy odcinek serialu przystało, wydarzenia w Preacher parły do przodu, aż miło. Jesse walczył ze Świętym od Morderców z pomocą rodziców Genesis, Tulip biła się z Cassem, Jezus szarpał się z Hitlerem, a Starr użerał się ze swoimi pracownikami przez telefon. Akcji na początku epizodu nie brakowało, a dynamiki tym pojedynkom dodawał split screen niczym w 24, w którym znalazło się miejsce na tykający zegar. To było bardzo fajne nawiązanie do tego legendarnego serialu. Nawet kontekst był podobny, bo w końcu nasi bohaterowie ratowali świat przed atakiem jądrowym, który miał spowodować koniec świata. Jedynie poziom napięcia i emocji nie był tak wysoki i to pomimo tego, że zginęli Humperdoo oraz Featherstone. Te śmierci mogły wywołać zaskoczenie lub smutek, bo twórcy postarali się, aby nie przeszły bez echa. Poza tym, jak na finał serialu, również choreografie walk mogły wyglądać bardziej widowiskowo. Jednak pod względem rozrywkowym i w ogólnym rozrachunku wszystko zagrało znakomicie.

Natomiast po powstrzymaniu Apokalipsy przez głównych bohaterów, tempo wydarzeń spadło. W normalnych okolicznościach takie spowolnienie akcji odebralibyśmy negatywnie, ale finał serialu rządzi się własnymi prawami. Najbardziej zaskakuje to, że twórcy dostali mnóstwo czasu antenowego do rozdysponowania, aby odpowiednio zakończyć historię – bez pośpiechu, treściwie i ze szczyptą nieodzownego czarnego humoru. Taka swoboda czasowa rzadko się zdarza, ale wykorzystali tę sposobność w stu procentach. Dzięki temu każdy z bohaterów otrzymał swoje zamknięcie historii.

Choć wszystkich najbardziej interesowało, jak skończy się spór Jessego i Boga, to najlepiej wypadło zakończenie wątku Eugene’a. Scena, gdy lekarz zaproponował mu samobójstwo, a bohater ze łzami w oczach stanowczo się temu sprzeciwił, poruszała. Oczywiście nie była przyjemna do oglądania przez deformację twarzy chłopaka i ślinę, ale to był zamierzony efekt. Na sam koniec serialu Eugene nareszcie zaczął przypominać tego Gębodupego z komiksu. Świetnie też, że osiągnął sukces, jako gwiazda rocka, na co wskazuje koszulka kobiety ze sklepu budowlanego po przeskoku czasowym. Jego wątek znalazł bardzo pozytywne rozwiązanie, a do tego nabrał sensu i podnoszącego na duchu przekazu.

Z kolei ostateczne spotkanie Jessego z Bogiem miało charakter kameralny. Spokojna, przyjazna i całkiem poważna rozmowa zaskakiwała. Miała też w sobie odrobinę humoru, gdy obok fundamentalnych pytań o życie i śmierć oraz religie, Custer zapytał o kosmitów. Jednak szybko wyjawiła prawdziwe intencje Boga, który za wszelką cenę pragnie uwielbienia i miłości. Wtedy ta pogawędka nabrała kolorów, ale i tak nie przerodziła się w żaden pojedynek, poza kilkoma lotami w powietrzu Wszechmogącego. I dobrze, ponieważ wyższość i dominacja Jessego, nawet po uwolnieniu Genesis, przytłaczała. To wyśmianie i zgaszenie Boga nawet lepiej zadziałało niż, jakby mieli walczyć między sobą na błyskawice czy coś podobnego. A do tego dobrze podkreśliła samolubny i manipulatorski charakter Stworzyciela, który wyrósł na największego złoczyńcę Preachera.

Z kolei na epicką walkę zanosiło się w Niebie, gdzie na Boga już czekał Święty od Morderców, co było zaskoczeniem. Sprytnie to twórcy wymyślili, aby doszło do tej konfrontacji. Próba manipulacji Wszechmogącego spełzła na niczym, choć wyznanie o samotności powodowało współczucie, bo wydawało się szczere. Ostatecznie Święty rozprawił się z Bogiem i sam zasiadł na tronie, co wyglądało genialnie. To był wspaniały hołd złożony komiksom, bo to jedna z ikonicznych scen, której nie mogło zabraknąć na ekranie.

Bez fajerwerków obył się wątek Cassidy’ego, który po czterdziestu latach spotkał się z córką Custerów. Twórcy poszli na łatwiznę, pozostawiając w tej roli Ruth Neggę, ale za to sprawdziło się jako pożegnanie tych dwóch postaci. Taki epilog to dobry pomysł na zakończenie serialu, choć było ono słodko-gorzkie, bo jednak Cass spłonął na słońcu. W wypadku tego bohatera komiks okazał się niedościgniony, ale taki los wampira też jest do przyjęcia.

Warto wspomnieć, że twórcy nie zapomnieli o Jezusie i Herr Starrze, dla których też starczyło czasu, aby pokazać, czym zajęli się po nieudanej Apokalipsie. Ten pierwszy uszczęśliwia ludzi w sklepie budowlanym, co może nie jest zbyt oryginalne, ale całkiem komiczne. Z kolei piękny Starr korzysta z życia, grając w golfa, gdzie jeszcze dostaliśmy nieco sprośną scenkę z próbą aresztowania. Nie było to do końca potrzebne, ale biorąc pod uwagę jego wszystkie okołoerotyczne „przygody” w tym serialu, to jak najbardziej pasowało to do tego bohatera. Brakowało przy jego boku wiecznie naburmuszonej Featherstone, która wcześniej zginęła z jego ręki. Choć bywała irytująca, to całkiem fajnie urozmaicała serial pod względem komediowym.

Serialowemu Preacherowi zawsze brakowało komentarza społecznego, który towarzyszył komiksowi. Ale wbrew pozorom, tej raczej głupawej czarnej komedii udało się uzyskać nie raz pewną głębię treści. W finałowym odcinku moment, gdy Jesse mówił na scenie o sobie i najważniejszych wartościach, dobrze podsumowywał, jaką podróż emocjonalną przeszedł ten bohater. Podobnie jak Tulip, która mierzyła się ze swoimi demonami przeszłości. Nawet Cass musiał swoje przejść, miotając się między przyjaźnią z Custerem a miłością do O'Hare’y oraz swoją naturą wampira. Poza tym dramat Boga, który żył w samotności i poszukiwał miłości, też można odnieść do ludzkiej postawy, pomijając jego  okrutny charakter.

Choć historia w serialu potoczyła się zupełnie inaczej niż w komiksie, który mimo swoich kontrowersji, brutalności i absurdalności jest majstersztykiem, to warto docenić telewizyjną wersję. Szczególnie pod względem doskonałego castingu (może poza Tulip) czy też w świetnym odwzorowaniu wielu elementów z materiału źródłowego (np. bagienko babci L'Angelle). Czarny humor też był w stylu komiksu, ale pod względem makabryczności serial ustępował mu pola. Cieszy to, że z sezonu na sezon Preacher stawał się lepszy, dostarczając większej rozrywki. A do tego twórcy zapanowali nad fabułą, która ostatecznie się wybroniła pod względem całości. Mimo wszystko pewien niedosyt pozostanie ze względu na magię i znakomitość komiksu.

Finałowy odcinek bardzo udanie zakończył przygodę z tym pokręconym, dziwacznym, szalonym, zabawnym i pełnym absurdów i kiczu serialem. Dzięki niemu będziemy go pozytywnie wspominać. W końcu nie każdy serial może się pochwalić tak przyzwoitym i satysfakcjonującym zakończeniem, szczególnie w ostatnich miesiącach. Preacher przekroczył wiele granic - i to nie tylko dobrego smaku - aby przynieść nam dużo niecodziennej frajdy. To już jest koniec. Idźcie w pokoju… Kaznodziei.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Preacher

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV