Supergirl: sezon 5, odcinek 4 - recenzja

Do Supergirl nadciągnęła cała armia efektów specjalnych. Gorzej tylko, że na ekranie wyglądają one jak klocki tudzież szlaczki stawiane w zeszycie z podstawówki.

Ocena recenzenta:
2/10

Do Supergirl nadciągnęła cała armia efektów specjalnych. Gorzej tylko, że na ekranie wyglądają one jak klocki tudzież szlaczki stawiane w zeszycie z podstawówki.

Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

Tagi:  the cw 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Jeśli czekaliście na to, że po miesiącu zawirowań 5. sezon serialu Supergirl powróci już na właściwe tory fabularne - cóż, no to sobie jeszcze poczekacie. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że zasadnicza historia będzie chaotycznie orbitować wokół zabawy w głupawego kotka i idiotyczną myszkę z Maleficiem oraz pałającej żądzą zemsty na Bóg-wie-czym Leny. W odcinku In Plain Sight widać to jak na dłoni; złowrogi brat J'onna pojawia się to tu, to tam, a wszyscy wesoło za nim ganiają bez większego ładu i składu. Piękne lico panny Luthor coraz częściej zamienia się z kolei w dwulicowość - kobieta staje się powoli otumanioną fanatyczką, która najpierw się pouśmiecha, by później planować przetrącenie otaczającej ją rzeczywistości. Dodajmy jeszcze do tego wszystkiego odbębnienie wątku społecznego w postaci zachowania Jamesa, który, co tu dużo mówić, nie wytrzymał. Fabuła masakrowała go w ostatnich tygodniach do tego stopnia, że chłop postanowił teraz wydawać na wsi gazetę, żeby pozostać w służbie prawdy. Mógłby wziąć ze sobą całą tę kompanię oślich głów i rozwiązałby problem najważniejszy - naszego zastanawiania się nad tym, jak przeżyć kolejne odcinki. 

W National City jest tak, że wszyscy jego mieszkańcy skrywają jakąś tajemnicę; Ford byłby dumny, skoro te ostatnie powstają w ramach jakiegoś trudnego do opisania taśmociągu. Dajmy na to Kara odkrywa, że nowa wersja jej prywatnego Apollina, William, to w rzeczywistości całkiem klawy gość, który wziął sobie na tapet niecne knowania Andrei Rojas i prowadzi śledztwo. Olsen z kolei dojdzie do tego, że wcale nie jest facetem w kołnierzyku, przecież tatuś uczył go biegać z aparatem pomiędzy ludźmi. To, co ma być fabularną woltą, jest jednak w każdym możliwym przypadku wydmuszką. Jeśli zapytasz, skąd te zmiany i rozwiązywanie zagadek, prawidłowa odpowiedź brzmi zazwyczaj: "Bo tak". Dlaczego to akurat Kelly jest zdolna do wskazania obecności Malefica? Dlaczego ten ostatni wybrał sobie teraz na kolejną pożywkę Alex? Dlaczego Lena łączy siły z antagonistą, by zawładnąć myśleniem ludzkości? Bo tak, bo tak, bo tak... Lub inaczej; parafrazując T-Raperów znad Wisły: "Nie tak, nie tak, nie tak, Dziewczyno ze Stali. Nie tak to miało być. Mieliśmy razem iść na wino. (...) Nie tak, nie tak, nie tak. W życiu często bywa tak: raz do przodu, a raz wspak". Z fabułą tego serialu jest podobnie.

In Plain Sight pozwala nam wyprowadzić wniosek, że scenarzyści odcinka musieli rozbić swoim dzieciakom świnki-skarbonki, a zajumane latoroślom zaskórniaki wpompować w efekty specjalne. W ostatniej odsłonie serii te ostatnie wyrastają jak grzyby po deszczu, przy czym właściwie każdy z nich wygląda tak, że będziemy chcieli się gdzieś schować. Najlepszym na to dowodem są rozpikselowane klocki udające fale Q albo feeria zielonych, świątecznych światełek wokół Malefica. Idę o zakład, że wspólnymi siłami lepsze CGI wytłoczylibyśmy w bloku rysunkowym. Na razie zasadnicza rola, jak się wydaje, głównego antagonisty sezonu polega na zabawie w chowanego z pozostającymi w ciągłej gotowości członkami ekipy Supergirl. Złoczyńca wchodzi w umysł Alex i każe jej strzelać do J'onna i Dziewczyny ze Stali; zwróćcie w tej scenie uwagę na zachowanie siedzących na sali ludzi, którzy robią swoje pif-paf na modłę ptasich móżdżków. Jeszcze gorzej, że pożal się Boże akcja z niejasnych przyczyn musi rezonować w takich zabiegach, jak wrzucenie Olsena w tyradę na temat życiowych powinności czy niebezpiecznie rozciągającym się wątku emocjonalnym Nii i Brainy'ego. Jest w tym odcinku scena, w której Kara z Alex zbierają się do boju, jednak zanim ruszą, wysłuchają pytań niegdysiejszego kosmicznego geniusza o swoją partnerkę. I tak do końca seansu; absztyfikant Brainy zapyta nawet o radę Lenę, której ktoś przecież, do licha, wyprał mózg. 

Ostatnia odsłona serii dobitnie potwierdza, że w Supergirl doby obecnej w zasadzie nic się nie dzieje. Pozorujące ważne elementy fabuły wątki Malefica i Leny w żaden sposób nie są i nie będą nas w stanie zaangażować w tej formie; każdy z dotychczasowych odcinków przedstawiał więc dokładnie tę samą opowieść, tylko okraszoną innymi, potwornymi w swojej mocy sprawczej ozdobnikami. Albo twórcy trzymają w zanadrzu jakieś niespodzianki, albo już na tym etapie sezonu powinniśmy zastanawiać się nad tym, jak przetrzymać do crossoveru. Może być ciężko, zważywszy na rozłożenie akcentów - trajkotanie Brainy'ego i narracyjna aberracja w postaci wojaży Jamesa i Kelly jak do tej pory traktowane są z taką samą śmiertelną powagą, jak zasadnicza oś fabularna. Za tydzień może być jeszcze gorzej, skoro tytuł kolejnego odcinka to... Niebezpieczne związki. Mój związek z Dziewczyną ze Stali jest bodajże najgorszym, w jakim byłem - a jak jest u Was? 

Źródło: Zdjęcie główne: Dean Buscher/The CW

Supergirl

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV