The Good Place: sezon 2, odcinek 10 – recenzja

Rozwój akcji trochę przystopował, ale na szczęście The Good Place jest na tyle dobrym serialem komediowym, że wcale to nie przeszkadza w seansie.

Ocena recenzenta:
8/10

Rozwój akcji trochę przystopował, ale na szczęście The Good Place jest na tyle dobrym serialem komediowym, że wcale to nie przeszkadza w seansie.

Mateusz Tutka
Mateusz Tutka
Tagi:  the good place 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Gdy tworzy się taki odcinek jak Best Self, czyli skupiony bardziej na obsadzie i z ograniczonym polem do manewru w aspekcie lokacji najważniejsze jest, by nie wiało nudą. W komediach wiele zależy od jakości humoru oraz postaci. Na całe szczęście w obydwu tych kategoriach The Good Place prezentuje się znacznie powyżej średniej, więc nie czuć, by epizod tworzony był na potrzeby zaoszczędzenia pieniędzy.

Można w nim wydzielić dwie części: wchodzenia na balon, który niby miał zabrać bohaterów w prawdziwe, dobre miejsce. Wydarzenie sprowadzono do paru nie tylko zabawnych, ale też potrzebnych rozważań dotyczących bohaterów. Pozwoliło to w paru miejscach rozwinąć się obsadzie. Najbardziej chyba nieoczekiwane, ale przyjemne, było zerwanie Tahani i Jasona. Zakończenie było jak cały ten wątek: niewymuszone i przedstawione z lekkością. Nie ma w tym serialu miejsca na niepotrzebne wątki, więc twórcy zdecydowali zakończyć coś, co zapewne nie współgrało z przygodami czekającymi protagonistów w przyszłości. Ruszyło się powoli również w relacji Chidiego oraz Eleanor i także w tym wypadku relacja jest prowadzona z wyczuciem. Takie wątki potrafią odbierać część przyjemności z seansu, ale póki co w The Good Place wszystko zdaje egzamin.

fot. NBC

Druga część, czyli impreza pożegnalna, pozwoliła już nie tylko na kolejne wgłębianie się w charaktery postaci, ale również przedstawiła przed nimi kolejny cel. Dobrze, że serial idzie do przodu i nie boi się stawiać na nowe pomysły, bo dzięki temu może uda mu się uniknąć monotonii przez dłuższy czas. Scena rozstania z dotychczasowym miejscem akcji została zrealizowana bardzo dobrze. Nie było w tym niczego szczególnego, ale też nie musiało być. Zagrano na sentymencie widzów bardzo prostą sztuczką, lecz skuteczną, zgodną z konwencją przyjętą przez tytuł.

Oddzielny akapit należy się humorowi, dzięki któremu ten odcinek – pomimo niewielu ważnych fabularnie wydarzeń – oglądało się z niesłabnącą przyjemnością. Bardzo dobrze działały teksty Jasona, Optimusa Prime'a od teraz będę kojarzył właśnie z tą postacią. Janet powtarzając żart na temat swojej natury („Nie jestem robotem”), nadal mimo częstego pojawiania się śmieszy, widać, że scenarzystom nie brakuje wyczucia w używaniu znanych już dobrze gagów. Nadal największe och i achy będę kierował w stronę Michaela. Demon po prostu rozwala na łopatki swoimi poglądami na temat ludzi. Bardzo ciekawym pomysłem był ludzki starter pack, chociaż to dialog w pociągu wydał mi się najzabawniejszy. Niby sposób rozmowy schematyczny, ale przez specyfikę bohatera oraz sposób gry aktorskiej Teda Dansona po prostu mistrzowski.

The Good Place dostarcza kolejny raz dobrej zabawy, oferując komedię na najwyższym poziomie. Jako że obecnie historia wkracza (dosłownie) na nowe terytorium, oczekiwanie na odcinek będzie dłużyło się dwa razy bardziej. W każdym razie najważniejsze, że gdy już się doczekamy, zapewne obejdzie się bez rozczarowań.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Best Self

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV