Repertuar kin Nowość Program TV
 

 

 

#57: „Big Hero 6” – obłędne opakowanie ze standardową zawartością

Idzie nowa jakość. Pod względem treści „Big Hero 6” to kolejna wariacja spod znaku Marvela na temat schematu od nerda do bohatera. Hiro, genialny młodzieniec i technologiczny geek zmuszony jest połączyć siły z robotem o imieniu Baymax i czwórką dziwacznych przyjaciół, aby dokonać zemsty i uratować miasto przed nadchodzącym złoczyńcą. Klasyka. Pod względem formy jednak, to techniczny przeskok naprzód, sygnowany nowym silnikiem graficznym Disneya „Hyperion”, który został tu wykorzystany po raz pierwszy.  

Jeszcze zanim zacznie się właściwy seans otrzymujemy zaskakującą przystawkę w postaci krótkometrażówki „Feast” (po polsku „Uczta”), która również wygenerowana została na w/w silniku. To przeurocza opowieść o związku dwóch ludzi, obserwowanym z perspektywy… psiej miski. Śledzimy losy czworonoga o wdzięcznym imieniu Winstone, od pierwszej frytki  i przygarnięcia go spod śmietnika, przez kawalerski tryb życia, związek, rozstanie, aż po nieuchronny happy end i założenie rodziny. Historyjka zrealizowana jest w zgrabny, wzruszający sposób, a uśmiech ani przez chwilę nie zszedł z mojej twarzy.  Zamknięte dzieło artystyczne, które wpasowuje się w krótkie metraże Disney’a, takie jak „Paperman”, same w sobie warte seansu.

Właściwe danie rozpoczyna się od nocnego krajobrazu miasta San Fransokyo i już to pierwsze ujęcie wywiera ogromne wrażenie. Mnogość źródeł światła, wielobarwność, efekty świetlne, pobłyskujące nawierzchnie i bogaty geometrycznie stopień zaawansowania środowiska niemalże imitują fotorealizm. Poza lekko usprawnionymi, tradycyjnymi modelami postaci, takie wizualne fajerwerki obecne są jako tło przez całą długość filmu, a jest to zasługa właśnie silnika „Hyperion”.

Bez dwóch zdań największym atutem „Big Hero 6” jest efektowna strona techniczna. Na wyrazy uznania zasługuje szczególnie fascynujący projekt hybrydowego miasta San Fransokyo, który powstał na bazie starych planów zagospodarowania miejskiego San Francisco, a następnie został wypełniony kolorytem japońskiego Tokio i odpowiednio podrasowany. Centrum mieniące się feerią różnobarwnych neonów, ogromne wieżowce, zagracone alejki, a w około podmiejski krajobraz z kilkupiętrowymi budynkami mieszkalnymi i stromymi uliczkami okraszonymi gęsto drzewami wiśniowymi. Ulice pełne są ludzi, wnętrza dopracowane pod względem ilości detali, geometrii przedmiotów i szczegółowości wykończenia. Miasto jest pełne i żywe, w powietrzu unoszą się różnorakie balony, a ulicami suną samochody, tramwaje i skutery. San Francisco i Tokio to jedne z najatrakcyjniejszych i najbardziej różnorodnych charakterystycznie miast na świecie, ich połączenie, choć ryzykowne w zamyśle udaje się tutaj w pełnej okazałości, dzięki fantastycznemu konceptowi i jeszcze lepszemu wykonaniu.

Część kadrów, szczególnie tych mających miejsce nocą, wygląda jak realistyczne zdjęcia, żywcem wyjęte z aktorskiego filmu. To krok w stronę zupełnie nowego rodzaju rozrywki, z pogranicza animacji komputerowej i filmów tradycyjnych, bardzo bliskiego kinowym cut-scenkom, obecnym w większości wysokobudżetowych gier video. Jesteśmy co raz bliżej takiego novum, bo skoro można fantastycznie opowiadać historię w grach, za pomocą rewelacyjnie zrealizowanych cut-scenek (intro Wiedźmina 3, humor GTA V, dynamika Batman: Arkham Origins czy grindhouse’owy klimat Hitman: Absolution) to co stoi na przeszkodzie, aby z takich urywek zrealizować pełnometrażowy film dla dorosłych?

Póki co jednak, to ciągle komputerowe animacje z nastawieniem na młodszego widza. W „Big Hero 6”, poza oczywiście samą historią, jest to najbardziej widoczne w dobrze znanych modelach postaci, przywodzących na myśl filmy takie jak „Zaplątani”, „Merida Waleczna”, czy „Jak wytresować smoka 2”. Humanoidalne szkielety połączone są z umownymi proporcjami ciała, co wygląda przyjemnie dla oka, a jednocześnie zapewnia wyraźne zróżnicowanie pomiędzy bohaterami, każdy ma swoją unikalną sylwetkę. Twórcy zapowiadali usprawnienia m.in. takich niuansów jak rozpraszanie podpowierzchniowe (z ang. SSS – subsurface scattering), ale jeśli chodzi o test oka, to uwagę zwraca co raz naturalniejsza mimika twarzy i gestykulacje, a także wizualna poprawa realizmu włosów.

Poza postaciami ludzkimi na uwagę zasługuje Baymax. To kolejny, po niedawnych kanciakach z „Interstellar” powiew świeżości jeśli chodzi o projekty robotów.  Napompowany, miękki i łagodny wizualnie, ma swoje fabularne usprawiedliwienie w medycznym przeznaczeniu, a jednocześnie prezentuje się niemal namacalnie. Szczególnie w scenie niskiego poziomu baterii, kiedy schodzi z niego powietrze, widoczne są fałdy materiału i cienie na powierzchni. Wspomnieć warto również o takich detalach jak postępujące zniszczenie zbroi bohaterów. Im bliżej końca filmu, tym wyraźniejsze są zarysowania powierzchni. Drobiazg, a cieszy oko.

Fantastycznie prezentują się również walki. Dynamiczne, pomysłowe, kolorowe sekwencje, których wykreowanie jest zasługą nie tylko reżysera, ale również grafików. Mowa tu szczególnie o milionach mikrobotów, które raz po raz zalewają ekran i formują się w różnych tworach. Technicznie było to największe wyzwanie dla twórców, ale efekt jest godny uznania. Widowiskowo prezentują się również sceny latania, pościg samochodowy, a także inne pomniejsze aspekty, jak walki botów, czy holograficzne technologie.

Świetnie wypada także strona dźwiękowa filmu, klasycznie już dla animacji ze stajni Disney’a dopracowana, ale też z wyraźnie marvelowskim budowaniem emocji i napięcia. Od strony muzycznej w ucho wpada pop rockowy utwór „Immortals”, specjalnie skomponowany na potrzeby filmu, przez amerykański zespół Fall Out Boy.

Tak prezentuje się techniczna strona filmu. Forma, albo inaczej mówiąc opakowanie. Co więcej powiedzieć można o zawartości, czyli treści dzieła?

Nie znam komiksowego pierwowzoru, więc do niego odnieść się nie mogę, ale wyjściowy pomysł jest naprawdę interesujący. Oto mamy niedaleką, bliżej niesprecyzowaną wizję alternatywnej rzeczywistości, w której technologia, jako kluczowy fundament jest prężnie rozwijana. Na uczelniach powstają nowatorskie pomysły, biznes inwestuje w ryzykowne, ale potencjalnie zyskowne projekty, a w mrocznych alejkach rozwijają się nielegalne walki botów. Całość ma potencjał rasowego sci-fi i tak zdecydowanie najmocniejszą stroną filmu jest ekspozycja, w trakcie której wsiąkamy w przedstawiony świat, dopingujemy zadziornego bohatera i odczuwamy jego smutek po stracie brata.

Bohaterzy są sympatyczni, szczególnie dobrze wypadają: krnąbrny Hiro, jego charyzmatyczny brat Tadashi, entuzjastyczna ciotka Cass, a także łagodny i fajtłapowaty Baymax. Są wiarygodnie rozpisani, mają swoje charaktery i znajdują się nietypowej, ale życiowej sytuacji. Gorzej jeśli  chodzi o dalszy plan, bo nawet jeśli uznać kreacje profesora Roberta Callaghana i Alistaira Krei za udane, to czwórka przyjaciół głównego bohatera, choć charakterystyczna to potrafi miejscami zirytować. W teorii są oni zróżnicowani, o osobowościach nakreślonych typową dla animacji grubą krechą, ale po seansie udało mi się zapamiętać tylko imię Freda. To wyluzowany hipster, noszący luźne spodnie i długie włosy, pochodzący, o dziwo z bogatego domu. Towarzyszą mu neurotyczna, piskliwa i dziewczęca Honey Lemon; ponura, ale silna i stylizowana na emo Go Go, a także najbardziej drażniący, głupkowaty wielkolud Wasabi. Superbohaterskie kreacje ich alter ego są o tyle kiczowate, co po prostu bezpretensjonalnie wesołe, barwne i fantazyjne.

Odkąd jednak grupa zawiązuje swoje szeregi, a kostiumy są już gotowe do użycia, to fabuła traci swoją urokliwą duszę i zaczyna wędrować po bardzo dobrze znanych, przewidywalnych torach. Wizualnie są fajerwerki, ale standardowa historia skierowana jest już wyraźnie do młodszego widza, także nawet fabularny twist z tożsamością wroga nie jest żadnym zaskoczeniem, a całość mimo emocjonalnych uniesień (obowiązkowe, ale wzruszająco zrealizowane poświęcenie) zmierza do nieuchronnego happy endu. Opowieść tylko miejscami i nieśmiało zahacza o magię „Stalowego Giganta”, a całość ma zdecydowanie dynamiczny wydźwięk dzisiejszych, teledyskowych animacji.

Również humor „Big Hero 6” nie zostaje dłużej w pamięci. Z założenia miał on trafić do jak najszerszego grona widzów. Bawi humor sytuacyjny, szczególnie najzabawniejsza w filmie sekwencja powrotu do domu „pijanego”, rozładowanego Baymaxa. Kuleje jednak scenariusz i żarty słowne („Czy budzisz się rano z rozstawionym namiotem?”) które skierowane są do starszego widza, ale nie ma tutaj mowy o poziomie „Shreka” czy „Pingwinów z Madagaskaru”.

Dużym plusem filmu jest jednak postać antagonisty. Typowo dla Marvela jest on intrygujący wizualnie, świetnie zaprojektowany i kierujący się prostymi, ale zrozumiałymi motywacjami. Ubiór i charakterystyczna maska w połączeniu ze świetnie zrealizowanymi „mocami” daje piorunujący efekt, a jego postać zapada w pamięć. Nie wiem czy w filmie pada jego imię, bohaterzy odnoszą się do niego jako „Zamaskowany człowiek”, ale Internet śpieszy powiadomić, iż złoczyńca ten zwie się Yokai. Kolejny obok Lokiego i Winter Soldiera badass villain, zdecydowanie najciekawszy spośród innych animowanych antagonistów.

Również charakterystycznie dla Marvela film oferuje nam scenę po napisach. Warto poczekać i ją obejrzeć, ponieważ skoro to Marvel, pojawić musiał się i sam Stan Lee, wprawdzie w polskim dubbingu zagłuszony, ale jednak. Wcześniej mignął już na obrazie i jest to oczko puszczone do starszych, obeznanych w popkulturze widzów. Takich zamaskowanych smaczków w filmie jest całkiem sporo (Godzilla, Power Rangers, komiksy itd.) i z przyjemnością będę je wyłapywał podczas domowego re-seansu.

Przy okazji sprawdzę też amerykański dubbing, bo choć polski sprawdza się w animacjach jak zwykle bardzo dobrze, to może dialogi wypadną lepiej w oryginalnej ścieżce dźwiękowej.

Jako ciekawostkę zauważyć, też można, iż logo „Big Hero 6” pojawia się dopiero na samym końcu filmu, w ostatniej scenie. Zabieg ten służy wyraźnie jako wprowadzenie bohaterów i budowa nowej marki, nie zdziwi mnie więc, jeśli za niedługo usłyszymy informacje o planowanych kontynuacjach, powrocie komiksów i fanowskich gadżetach. I bardzo dobrze, ponieważ „Big Hero 6” to satysfakcjonujący sukces, nowa jakość techniczna i ciągle potencjał na więcej.

– – –

Zainteresowanych technicznymi specyfikacjami nowego silnika graficznego „Hyperion” i dokładnym wyjaśnieniem jego działania odsyłam do anglojęzycznego artykułu z portalu FXGuide.

http://www.fxguide.com/featured/disneys-new-production-renderer-hyperion-yes-disney/

 

 

Najlepsze z 24h

Norbert Zaskórski
-

Powrót do przeszłości: Zobacz zdjęcia z…

W czerwcu minęło 31 lat od premiery klasyka kina akcji z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli…

Michalina Reda
-

Chirurdzy – sezon 15. Zobacz zdjęcia…

Chirurdzy powracają z 15. sezonem. Do sieci trafiły nowe zdjęcia, które zapowiadają, co wydarzy się…

Michalina Reda
-

The Walking Dead – nowe zdjęcia…

Do sieci trafiła garść nowych zdjęć z 9. sezonu The Walking Dead, a także zza…

Wiktor Fisz
-

Najlepsze pierwsze odcinki znanych seriali

Pilotowy odcinek serialu często nadaje ton całej produkcji, stając się najznamienitszym przykładem jej wielkości. Zdarza…

Piotr Piskozub
-

Titans – Batman jednak z większą…

Zdjęcia testowe do serialu Titans mogą sugerować, że ekranowy Batman może odegrać w historii większą…

Piotr Piskozub
-

Kto się boi penisa Batmana? DC…

Okazuje się, że DC postanowiło ocenzurować cyfrową wersję komiksu Batman: Damned, w którym zobaczyliśmy penisa…

Co o tym sądzisz?