Midsommar. W biały dzień - recenzja filmu

Midsommar: W biały dzień to - po świetnym Hereditary. Dziedzictwo - drugi film Ariego Astera. Zapoznając się z materiałami promującymi, sprzedającymi produkcję jako horror oparty na klasycznym motywie zamieszkującego małą miejscowość kultu, który po kolei wykańcza wielkomiejskich grzeszników, możemy wywrócić oczami albo – wierząc, że Dziedzictwo nie było jednorazowym sukcesem, a Aster to zdolny i świadomy reżyser – zastanawiać się, co maskują te ewidentnie mylące tropy.

Ocena recenzenta:
8/10

Midsommar: W biały dzień to - po świetnym Hereditary. Dziedzictwo - drugi film Ariego Astera. Zapoznając się z materiałami promującymi, sprzedającymi produkcję jako horror oparty na klasycznym motywie zamieszkującego małą miejscowość kultu, który po kolei wykańcza wielkomiejskich grzeszników, możemy wywrócić oczami albo – wierząc, że Dziedzictwo nie było jednorazowym sukcesem, a Aster to zdolny i świadomy reżyser – zastanawiać się, co maskują te ewidentnie mylące tropy.

Nikt tu jednak nikogo nie próbuje oszukać. Midsommar. W biały dzień to po prostu zupełnie inna opowieść, rozgrywająca się na kilku płaszczyznach. Liczne świadomie wykorzystane klisze i chwyty nie mają za zadanie nas zwodzić, nie służą też zabawie gatunkiem. Stanowią za to pole, na którym reżyser udowadnia, że w każdej, nawet pozornie wyeksploatowanej sferze horroru można jeszcze pójść o krok dalej – bo, jak zdaje się przekonywać, sam ma jeszcze wiele do powiedzenia. Każda ze scen wybrzmiewa zatem w pełni, nie śpieszy się ani opowieść, ani kamera, a śmiech, przemoc, groza, absurd i niepokój następują po sobie zamiennie bezpośrednio, stanowczo, acz mozolnie, nie burząc dusznej, ściskającej trzewia, mokrej od potu i letniej w ten męczący sposób atmosfery.

A o co tu w ogóle chodzi? Nie sposób streścić w kilku słowach. Po stracie rodziców i siostry Dani pogrąża się w rozpaczy; walczy z depresją, jednocześnie podejrzewając, że jej chłopak, ostatnia bliska jej osoba, planuje odejść. Gdy jednak ten proponuje wspólny wyjazd do małej miejscowości w Szwecji wraz z trójką jego przyjaciół, Dani zgadza się. Wyruszają więc do Hälsingland, by stać się świadkami Midsommar, starego szwedzkiego pogańskiego święta.

Czy więc – jak szybko podpowie intuicja każdego przeciętnie obeznanego z horrorami widza – wspomniana sekta to wielkie zagrożenie dla naszych bohaterów? Pewnie, że tak. Nie łudźcie się jednak. Ta wiedza absolutnie nie przygotuje Was na to, co czeka bohaterów – i Was samych – w trakcie seansu.

Midsommar nie próbuje straszyć, po prostu niepokoi opowieścią. Tragedia Dani zaprezentowana jest w akcie krótkim, ale zobrazowanym na tyle sugestywnie, że jego echo odczuwalne będzie przez resztę seansu, co chwila do nas wracając. Obserwacja powolnego rozkładu relacji, czyli rozpadu związku, przeplata się z konsekwentną prezentacją tajemniczego kultu, zaznajamianiem z jego coraz to dziwniejszymi i bardziej krwawymi zwyczajami, ukazanymi jednak w sposób dosłowny, spokojny, w niemal dokumentalnym stylu mówiący: "tak to właśnie wygląda, ale nie bój się!".

Kluczem do wywołania lęku w Midsommar jest właśnie wspomniany niepokój, który ma w filmie wiele źródeł; koniec końców wszystkie jego warstwy się przenikają, sprawiając, że z każdym kolejnym kwadransem czujemy się coraz bardziej nie na miejscu, a jednocześnie nie jesteśmy w stanie odwrócić wzroku od ekranu. To, co tam widzimy, jest bowiem – najczęściej – piękne. Przyroda żyje własnym życiem – dosłownie i zauważalnie – oddycha; kwasowy, a raczej grzybowy, halucynacyjny klimat przenika się z rzeczywistością, a w pewnym momencie nie jesteśmy już pewni, co jest efektem działania krążących w żyłach bohaterów substancji, a co dzieje się naprawdę. Ujęcia są chirurgicznie precyzyjne (brawa dla Pawła Pogorzelskiego – mistrza portretowania przestrzeni i mastershotów!), każda scena starannie przemyślana; nie wspominam już o scenerii, filtrach czy, w końcu!, grze aktorskiej, w której jednak bezkonkurencyjna okazuje się 23-letnia Florence Pugh. Swoją kreacją odkrywa ona przed widzami samo poczerniałe serce traumy, cierpienia i lęku. Brawa.

Nie ma tu jednak mowy o pretensjonalności, choć Midsommar to, rzecz jasna, kolejny art-horror: powolne, skrupulatnie zaplanowane, wystylizowane (ale nie przestylizowane!) kino grozy, które nie straszy znienacka, a mozolnie wprowadza na wilgotny i rozmiękły grunt dyskomfortu i niepokoju, namacalny jeszcze długi czas po zakończeniu seansu. Do uzyskania tego efektu wykorzystane są diametralnie różne od siebie komponenty opowiadanej historii, które w końcu jednak odnajdują się na jednej płaszczyźnie. Czy to więc poczucie utraty i rozpaczliwe poszukiwanie zrozumienia i oparcia, czy degradacja relacji, rozpracowywanie przywar wieku i pokolenia, mechanizmów komuny i kultów, czy też może – głębiej – przypomnienie, że świat biegnie do przodu, ale uparte kultywowanie pewnych tradycji może mieć sobie to za nic – to i wiele więcej znajdziemy w Midsommar. W tej przytłaczającej wizji, która prócz duchoty nie szczędzi nam też... humoru - w absurdalnie naturalny sposób uzupełniającego się z krwią czy przemocą. Uzupełniającego, nie będącego jednak rozładowującym napięcie chwytem. Nic tu wszakże napięcia nie rozładowuje, przeciwnie: ono wciąż wzrasta. A my oglądamy dalej, jak zahipnotyzowani, ten niezwykły horror owinięty w idylliczny klimat, okraszony promieniami słońca. Bo świeci ono w Midsommar niemal nieustannie.

Midsommar. W biały dzień

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV