Mroczne materie: sezon 1, odcinek 4 - recenzja

Kolejny odcinek Mrocznych materii trzyma bardzo dobry poziom sezonu, wprowadzając ciekawych, nowych bohaterów. Oceniam.

Ocena recenzenta:
8/10

Kolejny odcinek Mrocznych materii trzyma bardzo dobry poziom sezonu, wprowadzając ciekawych, nowych bohaterów. Oceniam.

Norbert Zaskórski

Norbert Zaskórski

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

W Mrocznych materiach Lyra i Gipcjanie docierają na Północ, gdzie przetrzymywane są dzieci porwane przez Coulter i grobuchy. Nasi bohaterowie szukają pomocy u znanej wiedźmy, Serafiny Pekkali, z którą kiedyś łączyła Corama wielka miłość. Przy okazji Lyra i reszta starają się zdobyć do swojej ekipy pancernego niedźwiedzia, Ioreka. W tej sprawie dziewczynie może pomóc aletheiometr. 

Przede wszystkim twórcy świetnie wprowadzili do całej historii nowych bohaterów. Chodzi mi tutaj konkretnie o wspomnianego Ioreka oraz aeronautę, Lee Scoresby'ego. Obydwaj nadali dodatkowy koloryt opowieści i decydowali w dużej mierze o sile w tym epizodzie. Zbudowanie wokół nowych nabytków fabuły całego epizodu było ryzykowne, jednak opłaciło się, ponieważ bohaterowie są naprawdę fantastyczni. Lin-Manuel Miranda doskonale czuje się w roli Lee, chociaż wcześniej był kojarzony ze znacznie stonowanych i weselszych ról. Tutaj doskonale sprawdza się jako sprytny awanturnik, przy którym należy pilnować własnych kieszeni. Jestem pewien, że pokaże się w tym serialu jeszcze z wielu ciekawych stron (przypominam, że pisze jako widz serialu, nie znawca literackiego oryginału). Z drugiej strony mamy wykreowanego w CGI Ioreka, jednak co ciekawe wcale nie czułem w czasie oglądania tego, że to bohater wygenerowany komputerowo. Dało się poczuć tę moc emocji bijącą z niego. Za to spory plus.

Twórcy bardzo sprawnie rozwijają fabułę tej opowieści, z wyjątkową wprawą dokładając kolejnych, pobocznych wątków. Robią to z takim poszanowaniem dla historii, że nie dostajemy nagromadzenia różnych elementów opowieści bez ładu i składu. Nie ma tutaj chaosu, jest za to zmyślne budowanie historii, gdzie wszystkie, nawet najdrobniejsze aspekty bardzo ładnie się ze sobą zazębiają. Scenarzyści dbają o to, aby każdy wątek miał swoje znaczące miejsce w opowieści, aby nie było sytuacji, że któryś w pewnym momencie się zagubi. I obecnie doskonale im to wychodzi, co potwierdza nowy odcinek. Nakreślanie kolejnych wątków i wplatanie ich w fabułę przychodzi twórcom z dużą łatwością, przez co wzbudzają one ciekawość tym, jak się rozwiną. Tak było choćby ze sceną rozmowy Coulter i Iofura, króla pancernych niedźwiedzi. Jedna minimalistyczna sekwencja, a podniosła mój apetyt na więcej.

Za ten odcinek jeszcze mocniej muszę pochwalić Dafne Keen i Ruth Wilson. Pierwsza z nich stała się prawdziwą twardzielką w tym epizodzie, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Młodziutka aktorka potrafiła wtłoczyć w swoją postać pokłady nonszalancji, odwagi i bezkompromisowości, przez co każda scena z jej udziałem jest naprawdę dobra, choćby ta, w której stawia się Iorekowi. Druga z aktorek za to w końcu pokazała swoją demoniczność w całej okazałości, przy tym podobnie jak Keen dodała ten syndrom twardzielki. Bohaterki te były bardzo do siebie podobne w tym epizodzie, co twórcy świetnie zestawili ze sobą. Scena, w której Coulter rozmawia z kardynałem i ze straconej pozycji wychodzi na wygraną, była wielkim popisem aktorskich umiejętności Wilson.

Nowy odcinek Mrocznych materii jest według mnie najlepszym jak do tej pory. Świetny aktorsko, doskonały pod względem kreacji świata przedstawionego. Poza tym bardzo dobrze wprowadza nowych bohaterów i wątki. Polecam z całego serca. Ode mnie takie 8,5/10.

 

Źródło: zdjęcie główne: HBO

Mroczne materie

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV