Seriale, które nie powinny nigdy powstać

Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Czasem oglądacie jakiś serial, jeden, dwa odcinki, czasem cały sezon i stwierdzacie, że jest to coś, na co zmarnowano pieniądze, energię mnóstwa ludzi, a przy okazji i Wy zmarnowaliście kawałek życia.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Czasem oglądacie jakiś serial, jeden, dwa odcinki, czasem cały sezon i stwierdzacie, że jest to coś, na co zmarnowano pieniądze, energię mnóstwa ludzi, a przy okazji i Wy zmarnowaliście kawałek życia.

Lista jest oczywiście jak zawsze subiektywna, komuś te tytuły mogły zapewnić mnóstwo rozrywki, innym uratować życie, a jeszcze innych zauroczyć tak, że tęsknią po nocach i śnią na jawie. Nas zniesmaczyły, znużyły albo oburzyły. Lub też zostały przez nas uznane za kompletnie nie na miejscu.

"Stargate Universe"

Seria "Gwiezdne wrota" przez wiele lat wyznaczała kierunek i stanowiła standard tego, jak powinien wyglądać dobry serial SF. Miała oczywiście swoje wzloty i upadki, ale cieszyła swoich fanów w sumie przez kilkanaście sezonów. Po anulowaniu spin-offu pt. "Stargate Atlantis" niemal natychmiast widzowie zaczęli domagać się następnego serialu osadzonego w doskonale sobie znanym Wszechświecie. Pierwsze informacje o obsadzie (Robert Carlyle!) i fabule obudziły we wszystkich nadzieję na coś nowego, ale jednocześnie znajomego. I nastąpiła wielka, spektakularna klapa. Po dwóch sezonach serial anulowano, a Syfy długo nie mogło się pozbierać po tej porażce.

Dlaczego? Przyczyn było kilka, a pierwszą z nich jest fakt, że w formule, jaką zaproponowano, serial nie miał żadnych szans u fanów i w ogóle nie powinien być nakręcony. Zwłaszcza że tuż przed tym niczym walec drogowy przez telewizję przejechało "Battlestar Galactica", wyznaczając nowe kierunki, w jakich powinien podążać serial SF, a fani otoczyli go prawdziwym kultem (chyba nawet większym niż dzisiaj "Grę o tron"). Twórcy "SGU" próbowali więc siąść okrakiem na barykadzie i nakręcić coś, co byłoby podobne w klimacie do "BSG", a jednocześnie zawierało w sobie dobrze znane wszystkim fanom elementy z uniwersum "Gwiezdnych wrót". Wyszedł niestrawny koktajl dramatu trącącego miejscami telenowelą, z pseudonaukowym bełkotem i kompletnie nietrafionymi postaciami, niepotrafiącymi w widzach wzbudzić choćby cienia sympatii. W drugim sezonie próbowano naprawić to, co tak mocno skopano w pierwszym, ale było już za późno. Serial umarł, a dla dobra całego stargete’owego świata najlepiej by było, aby się w ogóle nie narodził. Szczególnie że ta produkcja okazała się gwoździem do trumny tego uniwersum...

"Caprica"

Pokłosie wspomnianej już wyżej popularności "Battlestar Galactica". Akcja serialu toczy się 50 lat przed "BSG". W założeniu historia miała opowiadać o powstaniu Cylonów i genezie ich buntu przeciwko ludziom. W założeniu. Co powstało? Serial, który był kuriozum, zrealizowanym za spore pieniądze, a opowiadającym historię na poziomie soap opery z doczepionymi na siłę elementami fantastycznymi. Taka "Dynastia" z tosterami. Najróżniejsze intrygi, wojenki korporacyjne, podchody polityczne czy wręcz mafijne, a nade wszystko niedowartościowana i zbuntowana Zoe z problemami życiowymi na poziomie gimbazy były niestrawne nawet dla najbardziej zagorzałego fana. Okazało się, że prequel pasjonującej (pomijam zakończenie, którego nie znoszę) historii wojny, ucieczki i poszukiwania Ziemi przez zagubionych i zdeterminowanych ludzi „znikąd” nie pasuje nijak do tego, czego oczekiwali widzowie. "Caprica" skończyła się cancelem po pierwszym sezonie, a nie powinna w ogóle się zaczynać.

"CSI: Cyber"

Odcinanie kuponów od fenomenu "CSI" trwało latami, najpierw za sprawą ekipy śledczej z Miami, potem z Nowego Jorku. Najdłużej przetrwała oryginalna seria, czyli historia opowiadająca o pracy kryminologów z Las Vegas. Po czasie i ta formuła się wyczerpała, ale nikt nie wyobrażał sobie, aby można było odłożyć ad acta taką fajną okazję do zarabiania pieniędzy. I wymyślono "CSI: Cyber". Ciśnie się tu na usta słowo – niestety. Jest to serial bezwstydnie żerujący na marce, jaką latami wyrabiało sobie oryginalne "CSI", i nie ma nic wspólnego z duchem oryginału. Jest tylko kiepskim, naciąganym i niezbyt lotnym proceduralem, który pisany jest na kolanie przez scenarzystów traktujących widzów jak idiotów. Szkoda, że kiedy zaczynali pisać te scenariusze, nie zawiesiły im się na amen ich wypasione Macbooki. Czy oni mają chociaż konsultanta od spraw cybernetyczno–komputerowych? Bo słuchając niektórych dialogów i oglądając niektóre sceny, mam wrażenie, że niekoniecznie. Nie pomaga mój ulubiony Peter MacNicol ani nawet świetna Patricia Arquette. "CSI: Cyber" to zombie żerujący na jeszcze świeżym trupie wspaniałej serii. Potrzebny jest jak najszybciej Daryl ze swoją kuszą!

"Once Upon a Time in Wonderland"

Następny serial, który powstał, aby zdyskontować sukces marki - tym razem "Once Upon a Time". Okazał się niewypałem, który nigdy nie powinien był powstać. Na tak złą ocenę składa się wiele czynników, począwszy od momentami infantylnego scenariusza przez zbyt „umowne” efekty specjalne aż po zamordowanie magii Krainy Czarów, rozmienionej na drobne za sprawą niespójnej historii. Na szczęście skończyło się na jednym sezonie. Moim zdaniem poza wyżej wymienionymi wadami widzowie mieli dosyć Alicji w jej najróżniejszych wcieleniach, no bo ileż można? Dlatego należy się ABC wielka czerwona kartka. Lepiej nie przesadzać, bo widzowie łatwo nie przebaczają.

"The Carrie Diaries"

Króciutko: kompletnie bezsensowny pomysł amerykańskiej stacji The CW. "Sex and the City" w wydaniu teen drama, czyli - o dziwo - sympatyczny serialik, który byłby fajny bez odwoływania się do wielkiego poprzednika. Powstało ni to, ni sio, nietrafiające do kobiet po trzydziestce, które oglądały dorosłą Carrie, i niezrozumiały dla nastolatek, którym nie kojarzył się z niczym. Do zapomnienia, a najlepiej nie do powstania.

 

Czytaj dalej...

Strony:
  • 1 (current)
  • 2

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV