Zachwyty i rozczarowania 2016 roku – Piotr Wosik

Na płaszczyźnie osobistej rok 2016 okazał się dla mnie wyjątkowo podły. Cały spisać więc mogę po stronie rozczarowań, ale tym nie będę Was nudził. Sęk jednak w tym, że znacząco rzutował on na moją pasję. Poza wynotowaniem (oczywistych) zachwytów, muszę więc najpierw popełnić popkulturowy rachunek sumienia.

Na płaszczyźnie osobistej rok 2016 okazał się dla mnie wyjątkowo podły. Cały spisać więc mogę po stronie rozczarowań, ale tym nie będę Was nudził. Sęk jednak w tym, że znacząco rzutował on na moją pasję. Poza wynotowaniem (oczywistych) zachwytów, muszę więc najpierw popełnić popkulturowy rachunek sumienia.

Hobbystyczne motto, jakiemu hołduję od lat głosi, iż jeśli każdą wolną chwilę poświęcam na coś, co lubię, to jest to czas dobrze spędzony. W 2016 roku nie dość jednak, że źle gospodarowałem zegarkiem, to jeszcze podejmowałem nietrafione decyzje, co do tytułów, w które się zaangażować. Oglądałem przeciętne i przypadkowe rzeczy, a te dobre odkładałem na później i zrobiła się z nich kupka wstydu. Moje osobiste rozczarowania stanowią więc:

ROZCZAROWANIA

Za dużo dobrych seriali…

W 2016 roku padł kolejny rekord w liczbie wyprodukowanych seriali. Było ich przeszło 450. Premierowe produkcje otwartych stacji prawie w całości odpuściłem, ale w ich miejsce co raz częściej pojawiają się ciekawe tytuły od platform streamingowych, kablówek i mniejszych, bardziej niezależnych sieci. To oczywiście rozczarowanie bardzo osobiste – wynikające nie ze stanu telewizji, a niezadowolenia własną postawą. Podobnie przywoływałem je przed rokiem - wtedy wzdychałem m.in. do seriali Ash vs. Evil Dead oraz The Man in the High Castle. Z ulgą raportuję, że udało mi się w końcu z nimi zapoznać i zdecydowanie były tego warte. W tym roku lista pozycji, które muszę wciąż nadrobić przybrała jednak absurdalne rozmiary. Zasłońcie oczy dzieciom, nie powinny tego widzieć:

Koniecznie do obejrzenia: American Crime Story, Atlanta, Black Mirror, Bloodline, Chance, Halt and Catch Fire, Kingdom, Longmire, Narcos(!), Outsiders, Pitch, Preacher, Quarry, Ray Donovan, Rectify (!), Roots, The Crown (!), The Fall, The Night Of(!), The OA, This Is Us i o zgrozo, The Young Pope(!!!).

Wciąż planuję zaś sprawdzić: Animal Kingdom, Billions, Colony, Crisis In Six Scenes, Dirk Gently's Holistic Detective Agency, Easy, Frontier, Goliath, Good Girls Revolt, Hap and Leonard, OJ. Made in America, Outcast, Survivor's Remorse, Sweet/Vicious, The Exorcist, The Knick, The Path, Vice Principals i Vinyl.

Młody papież - zdjęcie
Źródło: HBO

Oczywiście myśląc realistycznie, uda mi się obejrzeć tylko kilka z wymienionych wyżej pozycji. Mam oczywiście swoich faworytów i od nich zacznę w najbliższej przyszłości, ale naturą rachunku sumienia jest też postanowienie poprawy. Aby się więc poprawić i uniknąć takowych dylematów pod koniec przyszłego roku, musiałem najpierw znaleźć przyczynę takiej sytuacji. Poza tymi wynikającymi ze spraw prywatnych, biję się w pierś i przyznaję, że system zbierania dobrych i bardzo dobrych seriali do maratonów jest już dziś nieefektywny. Chcesz być na bieżąco, musisz oglądać jak najwięcej na bieżąco. Inaczej nigdy się nie wygrzebiesz. Od 2017 roku planuję więc do wszystkich interesujących mnie nowości podchodzić od razu, a nie czekać na dogodne chwile.

… a gdzie książki, komiksy i gry komputerowe?

W hierarchii popkulturowej pasji seriale mają u mnie priorytet. W ostatnich latach tak się właśnie porobiło, bardziej podświadomie niż z rozsądku. Pół kroku za telewizją idą też jednak inne formy rozrywki i na tym polu także muszę się wyżalić. I jakoś odpokutować. Krzyczcie „shame, shame, shame” w komentarzach. Nie pamiętam roku, w którym nie przeczytałbym niczego nowego. Rzadko sięgam po ambitną literaturę, ale nawet z beletrystyką, w której się miłuję, miałem ostatnio nie po drodze. Pierwszy do głowy przychodzi mi Stephen King, zaraz po nim Dennis Lehane i World Gone By, a równie mocno boli Harry Potter and the Cursed Child. Te i jeszcze wiele innych pozycji zakupiłem, ale aktualnie zbierają kurz. W bibliotece – dla przyjemności – w tym roku chyba nawet nie byłem.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa komiksów. Parę tomów przeczytałem, ale jednocześnie wpadłem w nałóg zbieractwa. No więc, przeznaczyłem większość wolnych środków na zatrzęsienie nowych tytułów - już nie tylko na historie superbohaterskie od DC i Marvela, które pęcznieją w oczach, ale także inne opowieści m.in. Skalp czy Y. Ostatni z mężczyzn (z którym wcześniej nie miałem styczności). I jeszcze dziesiątki samodzielnych tytułów, przed zakupem których nie potrafiłem się powstrzymać. Efekt jest taki, że półki uginają się pod ciężarem kolejnych tomiszczy, a ja okazyjnie podziwiam tylko okładki i obwoluty. „Shame, shame, shame”. Pora przysiąść do lektury, bo rynek polskiego komiksu (którego stopniowy rozwój jest bezsprzecznym zachwytem) nie planuje się zatrzymywać.

Battlefield 1
źródło: YouTube

Generalnie więc mało czytałem w 2016 roku, a jeszcze mniej grałem. Na pulpicie zostały Batman: Arkham Knight i Grand Theft Auto V, które ukończyłem w niemal 100%, ale nie dodałem nic nowego. Niedawno zabrałem się za nadrabianie Rise of the Tomb Raider, a na swoją kolej czekają jeszcze: Battlefield 1, Watch Dogs 2, Fallout 4, Mirror's Edge Catalyst, Mafia III, Call of Duty: Infinite Warfare i przygodówki ze stajni Telltale. Nie potrafię powiedzieć sobie dość. Jak Piotruś Pan buntuję się przed kajdanami dorosłego życia.

Złe filmy i przeciętne filmy

Jeszcze przez chwilę kontynuować muszę samobiczowanie. Od kilku lat oglądam co raz mniej filmów, kiedyś było to 100 pozycji rocznie, 2 lata temu 70, rok temu już tylko ok. 50, a w 2016 nie dobrnąłem choćby i do tej liczby. Tym samym tworzenie listy najlepszy i najgorszych filmów jest bezzasadne, nie niosłoby wartości, bo nie miałem odpowiedniego przeglądu. Zamiast tego czołgałem się przez filmy przeciętne, na które najczęściej wpadałem z przypadku. W kolejności przypadkowej były to np. Keanu, Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows, Now You See Me 2, Money Monster, The Finest Hours, The Huntsman: Winter's War, Ghostbusters czy The Legend of Tarzan. Z drugiej strony, wracałem się także do filmów które znam i lubię, bo nic nie działa bardziej relaksująco. I o ile z tych seansów jestem zadowolony, to zabierały one czas potrzebny na zapoznawanie się z nowościami. Niekiedy miały też ku czemuś prowadzić, jak maraton filmów z Bourne’em… Lecz później okazywało się, że Jason Bourne był miałki i nijaki, więc cała idea, choć przyjemna, to traciła na znaczeniu.

Dzień niepodległości: Odrodzenie
Źródło: materiały prasowe

Tytuł najgorszego filmu roku bezapelacyjnie trafia zaś do Independence Day: Resurgence. Nie znajduję właściwych przymiotników na opisanie owej kinematograficznej katastrofy, na usta cisną mi się za to inwektywy. Takie jak *#*& albo *&^%$. Jeśli akurat nie patrzyłem na ekran przez palce, to przecierałem oczy ze zdumienia, jak można zapłacić i dopuścić do zrealizowania takiego paszkwilu. Fabularnie to nawet nie parodia, a historia odgrywana była po łebkach i bez emocji. Piętrzące się absurdy mógłbym jeszcze przyswoić, gdyby przekonała mnie strona wizualna, ale jak na podjęty rozmach, film był najzwyczajniej w świecie brzydki i niedopracowany. Pod koniec, w kluczowej scenie wytchnienia, raził green screen i to ubodło mnie strasznie. Nic dziwnego, że ekranizacje komiksowe są dziś tak popularne, skoro praktycznie nie mają wysokobudżetowej konkurencji. A właśnie, a propos trykociarzy…

Filmy superbohaterskie

Żaden pojedynczy film superbohaterski nie kwalifikuje się u mnie do miana rozczarowania, ale zbierając je razem kłuje mnie taka właśnie refleksja. Przed dwunastoma miesiącami głosiłem bowiem, że rocznik 2016 będzie szczytem i kulminacją superbohaterskiego boomu. Że to on wyznaczy nowe ścieżki rozwoju dla gatunku. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Najbliżej był oczywiście Deadpool, który wulgarnością zapewnił katharsis i przekłuł balonik. Kolejnym filmom nie udało się go jednak z powrotem napompować do pełni. U każdej pozycji dostrzegam też istotne wady.

Deadpool ostatecznie powielił schemat originu i nawet nie próbował zaskakiwać fabularnie. Jednocześnie zaproponował humor tak zróżnicowany, że niektóre żarty trafiały w próżnię. Skupił się także na wulgarności, a jego komiksowy odpowiednik często pokazuje, że również pomysłowość jest znakomitą bronią w rozbrajaniu konwencji. Albo absurd, jak w grze komputerowej Deadpool: The Video Game, gdzie na jednym etapie chwilowo brakło pieniędzy i całość zamieniła się w 8-bitową platformówkę. Takiego pomysłowego łamania 4-tej ściany trochę mi jednak zabrakło w kinowych przygodach Pyskatego Najemnika. O Batman v Superman: Dawn of Justice i Suicide Squad napisałem już wszystko. W skrócie, filmy zawiodły w sztuce opowiadania historii i nie zaproponowały sprawnie poprowadzonej i angażującej fabuły. A szkoda, bo to umniejszyło nową estetyczną drogę, jaką próbowały wytyczyć.

Legion samobójców
fot. materiały prasowe

X-Men: Apocalypse okazał się z kolei pozycją zbyt bezpieczną, nie podejmującą żadnego ryzyka, a hołdującą utartym schematom. W podobne pułapki wpadł Doctor Strange. Wizualnie zaproponował co prawda niebywały spektakl, ale pod względem treści był to sztampowy origin. Również klimatem i tonacją nie odbiegał tak znacząco od standardu uniwersum. Fantastyczny Captain America: Civil War oparł zaś swój kluczowy konflikt na wątpliwych, osobistych fundamentach, które nie do końca uzasadniały rozgrywającą się (kapitalną) akcję. Nie pociągnięto także za spust i film nie przyniósł żadnych dewastujących konsekwencji, które sprawiłyby, że widz opuszczałby seans sponiewierany.

Strony:
  • 1 (current)
  • 2

Źródło: zdjęcie główne: Deviantart.com

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV